piątek, 31 maja 2013

Rzeszów (wycieczka 60.2)

W Rzeszowie byliśmy przez niecałe 24 godziny od wczesnego wieczoru w czwartek 30 maja 2013 do wczesnego popołudnia w piątek 31 maja 2013. Przebieg wypadków, po przyjeździe był wystarczająco zaskakujący, do tego stopnia, że nie wiem czy wolno mi go tu opisać. Ale, jako że wszyscy pozostali uczestniczy wycieczki byli pełnoletni, chyba mi wolno. Dotarliśmy do schroniska młodzieżowego, którego nazwy dla jego własnego dobra nie zdradzę. Z zewnątrz wyglądało bardzo porządnie, w hallu również. Okazało się, że pewna osoba, która potrzebuje urlopu, zamówiła tam nocleg na następną noc. Już przed oczami stanęła nam wizja spania na bruku, ale ostatecznie znalazł się pokój.


Wchodzimy do wnętrza schroniska. Ilość wypowiadanych słów „jak w psychiatryku” była wprost proporcjonalna do zagłębiania się w dalsze korytarze budynku i poszukiwania pokoju. Właściwie była to świetlica, gdzie znajdowało się około 10 łóżek. Ich stopień komfortu był mocno dyskusyjny. Byliśmy jednak bardzo niewyspani, więc ostatecznie okazały się bardzo dobre dla strudzonych kości. Na środku stał stół. Wszystko wyglądało jak z początku lat sześćdziesiątych minionego wieku. Widok za oknem nazwaliśmy wspólnie „obrazem nędzy i rozpaczy”. Była to jakaś opuszczona budowa, zalana na dole wodą i cuchnąca betonem. Na górze znajdowały się biura, więc sąsiadem z przeciwka okazał się jakiś palący człowiek. Jak pierwszy raz go zobaczyłam, to prawie dostałam zawału. Łazienki były dość krzywe oraz nic się w nich nie zamykało. Woda lodowata. Odnaleźliśmy także kuchnię, która okazała się być pomieszczeniem bez okien. Później ochrzciliśmy ją mianem „prosektorium”. Dokładna inwentaryzacja schroniskowej kuchni wykazała zaskakującą zbieżność z wyposażeniem prawdziwego prosektorium … Grr!


Zostawmy na moment temat noclegu. Wcale na niego nie marudzę, ponieważ było to bardzo zabawne, a ja miałam okazję doświadczyć chociaż trochę czasów PRLu, z których przed dwoma dniami pisałam egzamin semestralny. Po zjedzeniu kolacji udaliśmy się na spacer po mieście. Minęliśmy m.in. Bazylikę OO. Bernardynów. Niestety Brat Klucznik zamknął nam drzwi tuż przed wejściem. Moim koszmarem nocnym okazał się jednak Pomnik Czynu Rewolucyjnego. Komunizm na całego … ponowne wielkie Grr!


Dotarliśmy na koncert „Jednego serca, jednego ducha”, który odbywał się w mieście z okazji Bożego Ciała. Całkiem przyjemnie siedziało się na mokrej trawie i z podziwem patrzyło na ilość osób, które przybyły do Rzeszowa. Podczas powrotu do schroniska powstała koncepcja (zgadnijcie przez kogo wymyślona) „zjedzmy coś”. Tak więc poszukaliśmy rynkowe restauracje i znaleźliśmy … Czeską Gospodę! Prawdziwie czeską! Od razu zmieniło się nastawienie chłopaków do „miasta wojewódzkiego”. Zjedli smażony ser, a pan Taczyński zastanawiał się nad „Zmarzlinowym poharem” oraz sernikiem wiedeńskim. Ostatecznie wybrał to drugie co kelnerka skomentowała krótkim stwierdzeniem „dobry wybór”.


Gdy wróciliśmy na miejsce noclegu okazało się, że światło w pokoju dają biało-niebieskie jarzeniówki. Oraz reflektory zza okna bez zasłon. Nasze zmęczenie jednak wzrastało, więc można powiedzieć, że było nam wszystko jedno. Nie wiem jednak jak skończyłby się drugi nocleg w tym miejscu.


fot. Magdalena Łukowiak
Rano, po śniadaniu w „prosektorium”, a także spakowaniu swoich rzeczy, uznaliśmy, że musimy skontrolować pewną osobę potrzebująca urlopu. Bo jeśli okaże się dziś popołudniu, że nie mamy zamówionych noclegów na odpowiedni termin w Leżajsku to powinniśmy zostać tutaj. Na tą koncepcję wszyscy jednak patrzyli z przerażeniem, więc Grzesiu odważnie zadzwonił do Domu Pielgrzyma i okazało się, że na nas czekają. Wyszło więc na jaw, że mieliśmy zamówione dwa noclegi na jeden termin. Ciekawie, ciekawie …


fot. Magdalena Łukowiak
Zostawiliśmy bagaże w przechowalni, a sami udaliśmy się na ostatni spacer po Rzeszowie. Naszym pierwszym przystankiem był zamek stojący na miejscu dawnego zamku Lubomirskich. Niestety nie udało nam się wejść do środka, ponieważ dziś znajduje się w nim siedziba Sądu Okręgowego, a my nie byliśmy odpowiednio ubrani. Brak stroju galowego doskwierał nam jeszcze później w Leżajsku (nie udało się wkręcić na wesele!).


fot. Magdalena Łukowiak
Kolejnym celem spaceru była Podziemna Trasa Turystyczna, za którą Rzeszów otrzymał w ubiegłym roku nagrodę od Polskiej Organizacji Turysycznej. Swoją drogą skrót POT jest całkiem adekwatny do nazwy. Hehe.Trasa wije się pod rynkiem i okolicznymi kamienicami. Dawniej system korytarzy był znacznie dłuższy, ale ze względu na zapadanie się miasta, większość przejść zalano betonem.


fot. Magdalena Łukowiak
Zgłodnieliśmy. Postanowiliśmy się udać do poznanej wcześniej czeskiej gospody, gdzie zamówiliśmy 3x czosnyczkę i 2x smażony ser. Mmm. Ostatnim miejscem do zwiedzenia było Muzeum Dobranocek. Wszystkie zbiory pochodziły z darów Wojciecha Jamy – jednego człowieka! Była to naprawdę imponująca kolekcja. Najbardziej podobał mi się jednak pokój, w którym wyświetlali bajki. Mogłabym tam siedzieć cały dzień. cdn


Tekst – Magdalena Łukowiak

Zdjęcia – Magdalena Łukowiak, Grzegorz Smoła


Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

czwartek, 30 maja 2013

Kraków (wycieczka 60.1)

29 maja 2013 roku, tym razem dla odmiany bardzo późno, bo o 23:20, zebraliśmy się na Dworcu Głównym we Wrocławiu, aby wyruszyć w kolejną niesamowitą podróż. Niektórzy, nieco ślepi po wizycie u okulisty, mieli problem ze znalezieniem grupy, ale ostatecznie wszyscy dotarli nie spóźnieni na miejsce zbiórki.

Część z nas wybrała w pociągu wariant spania w jakikolwiek możliwy sposób. Inni jednak nie byli zachęceni miejscami siedzącymi i maksymalnym ściskiem w przedziale, wybrali wariant spania na stojąco przy oknie i co jakiś czas podziwiania widoków. Jedną z atrakcji był widok kilku małolatów na dworcu w Bytomiu, siedzących tam o drugiej nad ranem. Inną atrakcją byli kibice chcący wskoczyć do pociągu na stacji Chorzów Miasto. My jednak byliśmy bardzo bezpieczni, ponieważ przez pociąg przewijały się grupy SOK-istów oraz policjantów, wraz z psami. Ich notoryczne wędrówki skutkowały nieustannym przytulaniem się do szyby, aby ich przepuścić. Poza nimi co jakiś czas przechodzili inni towarzysze podróży, co udało mi się skomentować zdaniem -„Ci ludzie są nienormalni. Zamiast w nocy spać, to łażą po przedziałach”.

W Krakowie, czyli pierwszym celu naszej podróży, wylądowaliśmy w okolicy 6 rano. Zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie można iść o tej porze w Boże Ciało i doszliśmy do wniosku, że pozostaje nam Cmentarz Rakowiecki. Wybraliśmy się więc na piechotę w celu rozprostowania kości. Pogoda była całkiem ładna, w każdym razie nie padało. Obejrzeliśmy tam groby m.in. Jana Matejki, rodziny Kossaków, rodziny Wojtyłów, Marka Grechuty, dr Bolesława Drobnera, pierwszego powojennego prezydenta Wrocławia oraz kilka rodzinnych grobów pana Jana. Dla mnie osobiście zaskakujące było to, że na każdym grobowcu były wypisane tytuły lub zawód zmarłego. Na starej części cmentarza odnaleźliśmy zbiorowe mogiły żołnierzy radzieckich niemieckich i angielskich.

Gdy tylko wyszliśmy za bramę cmentarza zaczęło lać. Lało bardzo mocno i nieprzerwanie, a deszcz ten towarzyszył nam jeszcze długo. Pojechaliśmy więc tramwajem w okolice Wawelu. Tam też odbywały się uroczystości z okazji Bożego Ciała. Najpierw Msza Święta odprawiana na dworze w strugach deszczu, później procesja, którą śmiało można porównać do formowania jakiejś parasolowej armii. Widać było głównie parasole, parasole aż po horyzont …

Zgłodnielśmy i zmarzliśmy, o przemoczeniu lepiej nie wspominać ... Zaczęliśmy się rozglądać za miejscem, gdzie możemy usiąść. Tym razem nie byliśmy zbyt wybredni i szybko udało nam się znaleźć odpowiedni lokal - „Pod Wawelem”. Co ciekawe, zamówiliśmy po żurku i pierogach, więc pizzowa tradycja została zniszczona. Powiedziano mi, że „jest jeszcze dużo czasu”, ale im nie uwierzyłam. I miałam rację!  

Udaliśmy się jeszcze na spacer po Krakowie. Przez Rynek, Mały Rynek, pod pomnik bitwy pod Grunwaldem… Na dworcu, w oczekiwaniu na najlepszego sprintera w kraju, czyli Pana Jana przedzierającego się przez turystów, zdążyliśmy jeszcze zagrać w Ninję i Rewolwerowca. Pewnie jeszcze długo po naszym wyjeździe z Krakowa, mieszkańcy mogli nucić piosenkę Grzegorza Turnaua "Bracka". Nas wrażeń głód gnał na wschód ...


W pociągu do Rzeszowa zajęliśmy „bagażowy”. Grzesiu z Pawłem postanowili grać w karty, korek i co tam jeszcze znaleźli przy stoliku, ja z Panem Janem próbowaliśmy odespać noc (łatwe to nie było, ale i tak było wygodniej niż poprzednio), a Ewa musiała mieć niezłą zabawę obserwując nasze poczynania. Zwłaszcza wtedy, gdy Paweł i Grześ nad kartami zwyczajnie zasnęli. Gdy trochę się przebudziliśmy i zauważyliśmy, że nam niewygodnie, okazało się, że jedziemy dopiero od dwóch godzin. Przed nami kolejne dwie i pół. Tak więc zaczęliśmy robić różne dziwne rzeczy, jak np. wychodzenie z pociągu na każdej stacji i wsiadanie z powrotem. Tym sposobem byłam np. w Dębicy. W pewnym momencie nasz pojazd stanął. W polu. I zaczęło lać. Bardzo lać. I pociąg zaczął przeciekać. Ale uznaliśmy, że przeżyjemy, bo mamy jedzenie. Na następnej stacji dalej lało, a pan Taczyński wziął deszczowy prysznic. W końcu udało nam się dotrzeć do Rzeszowa, które to miasto było naszym drugim celem. Przestało padać, zaczęło nawet świecić słońce … cdn

Tekst i zdjęcia – Magdalena Łukowiak

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

środa, 29 maja 2013

Dolny Śląsk (wycieczka 59)


Dnia 27 maja o godzinie 9.00 klasa 1c ruszyła na swoją wycieczkę po Dolnym Śląsku. Po krótkiej podroży dotarliśmy do zakładów ceramicznych w Bolesławcu. Zwiedzaliśmy miejsca pracy i oglądaliśmy od postaw  proces powstawania naczyń użytkowych. Chętni mogli własnoręcznie pomalować kubek. Choć wiązało się to z dodatkową opłatą, chętnych nie brakowało. Nawet nasi opiekunowie – pan Prygiel i pan Taczyński włączyli się do malowania!

Około godziny 14.30 zakwaterowaliśmy się w folwarku książęcym w Kleczkowie i poszliśmy na obiad w niedalekim zamku. Mieliśmy okazję zasiąść przy ogromnym stole w sali teatralnej. Mogliśmy się poczuć jak średniowieczni biesiadnicy. Po zjedzeniu posiłku zwiedzaliśmy zamek.

Popołudniu organizatorzy przygotowali dla nas quest. Polegało to na tym, że dostaliśmy kartki z rymowanymi podpowiedziami, licząc wskazane rzeczy mieliśmy dotrzeć do skarbu. W nagrodę za szybkie wykonanie zadania opiekunowie postawili dwóm pierwszym drużynom lody. Następnie udaliśmy się do folwarku w celu przyszykowania się do ogniska. Na ognisku piekliśmy kiełbaski, ziemniaki i jabłka. Nie brakowało śpiewania przy gitarze. O godzinie 22 dotarliśmy do łóżek i poszliśmy spać.

Następnego dnia o godzinie 9.00 zjedliśmy śniadanie w Kleczkowie i udaliśmy się w dalszą podróż. Niestety, pogoda tego dnia nas nie rozpieszczała. Nie zmieniliśmy jednak planu działania. Pierwszym celm była średniowieczna wieża mieszkalna w Siedlęcinie. Zachowały się tam oryginalne malowidła przybliżajaca historię rycerza Lancelota. Około 13.00 odwiedziliśmy Muzeum Karkonoskie w Jeleniej Górze. Oglądaliśmy tam wystawę szkła użytkowego i ozdobnego.

O 15.00 zakwaterowaliśmy się w pensjonacie Palomino. Do Western City dojechaliśmy bryczką i od razu przesiedliśmy się na konie. Z powodu złej pogody jeździliśmy w hali. W Salonie dostaliśmy ciepłą herbatę. Graliśmy na automatach i rozmawialiśmy przy palenisku. Zaproszono nas na pokaz walk kowbojów. Rzucaliśmy nożami, włócznią, strzelaliśmy z łuku, wspinaliśmy na słup i rzucaliśmy lassem. Jeździliśmy kolejką. W salonie zjedliśmy też kolację. Do pensjonatu wracaliśmy pieszo.

Ostatniego dnia, o godzinie 9.00 wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy do sztolni podziemnych w Kowarach, gdzie jest wydobywany uran. Stężenie jest niskie, dlatego zwiedzanie jest bezpieczne dla zdrowia. Oglądaliśmy kamienie i minerały wydobywane w Polsce. Największą atrakcją był pokaz nalotu na Hiroszimę. Odgrywane były rozmowy załogi w czasie których sala była zadymiana. Po „zrzuceniu” bomy uruchomiły się lasery tworząc wspaniałe wzory w przestrzeni sali. Pokaz był niesamowity! Po wyjściu na powierzchnię ruszyliśmy prostą drogą do Wrocławia. Na miejscu byliśmy o 16.30.

Wycieczka bardzo mi się podobała. Również w przyszłym roku chciałabym pojechać gdzieś z moją klasą.

tekst: Blanka Starzyka,
zdjęcia: Jan Taczyński, Blanka Starzyka
pomocna dłoń: Magda Łukowiak

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

Wrocławska fala otwartości


Żegnając się z projektem, postanowiłyśmy stworzyć kolejną ilustrację. Nasz rysunek pokazuje czego potrzeba, aby zniszczyć negatywne i złe emocje. Wystarczy tylko odrobina dobra, akceptacji i serdeczności. Uważamy, że wrocławska fala tolerancji potrafi pokonać nawet największą agresję i nietolerancję.

wtorek, 28 maja 2013

Inni o nas

Wrocław, miasto stu mostów i dwustu krasnali. Małe skrzaty zamieszkujące wrocławskie ulice również emanują otwartością i dobrocią w stosunku do obcokrajowców. Nie wierzycie? Mamy dowody!


Krasnal Pierożnik dzieli się tradycyjnym polskim daniem z innymi.


Krasnale Syzyfiki przepychają głazy spod nóg naszych turystów.

A Krasnal Motocyklista jedzie na spotkanie z naszymi gośćmi!


Jak reagują na taką gościnność przybysze z Niemiec, Kuby i Słowacji?

Na to pytanie odpowie nam książka Judyty Fibiger pod tytułem “Swego nie znacie… Czyli Polska oczami obcokrajowców” została napisana na podstawie opisów osób z innych krajów, którzy przybyli do Polski, przekonali się jacy jesteśmy i chwalą nas!

“Polska zawsze była tolerancyjna dla innych kultur - miała przy tym dar, którego nie posiadały inne kraje - pozbawiona ksenofobii umiała w piękny sposób korzystać z odmiennych kultur, jakie gościła. Czuję, że oto jesteśmy świadkami odrodzenia wielokulturowej Polski” ~Judyta Fibiger

“Sport był zawsze obecny w moim życiu. Kiedyś zaproszono mnie na Mistrzostwa Polski. Gdy okazało się, że mam problem z hamulcami w rowerze, nowo poznani znajomi zajęli się tym i mogłem wystartować. W ten sposób dowiedziałam się, że Polacy są niezwykle uczynni i pomocni. To niespotykana wśród innych narodów cecha.” ~Ulrike, Niemcy- 837 km od domu

“W Polsce założyłem latynoską orkiestrę salsową. Ruben Gonzalez nauczył mnie szacunku do pianina, a Polska nauczyła mnie ogłady. Jestem tu lepszym człowiekiem, bardziej kulturalnym, bardziej tolerncyjnym. Tu bardzo dba się o zasady i dobre wychowanie. To mi się od początku podobało.” ~Rej, Kuba- 9335 km od domu

“Od momentu przyjazdu do Polski wciąż nie znajduję słów, jak wielu inspirujących ludzi mogę tu spotkać. Polacy wydają mi się bardzo utalentowani, kreatywni, ciężko pracujący i posiadający otwarte umysły. Podczas spotkań i rozmów tutaj czuje się jakiś rodzaj pozytywnej energii- ludzie nie narzekają tak bardzo, umieją się cieszyć”~Siska, Słowacja- 533 km od domu…

Miło, nieprawdaż? 

poniedziałek, 27 maja 2013

sobota, 18 maja 2013

Bory Niemodlińskie (wycieczka 58)


Dnia 18 maja 2013 (choć według niektórych 2014!) ok. 7:15 zebraliśmy się na Dworcu Głównym w okolicach walizki i schodów ruchomych. Niektórych, dość nie wyspanych absolwentów, pan Taczyński zastał leżących na schodach, ale szybko się pozbierali w sobie i wspólnie z 5 gimnazjalistkami i panią Kuleszą wyruszyliśmy na pociąg. 

Na stacji Opole Zachodnie zrobiliśmy szybki przemarsz na drugi peron i wsiedliśmy do pojazdu mającego zawieźć nas do Tułowic Niemodlińskich. W tym też Miejscu O Szalenie Skomplikowanej Nazwie rozpoczęliśmy swoją wędrówkę. Pierwszym przystankiem był zespół parkowo pałacowy, w którym znajdowało się także Technikum Leśne. Zapach przepięknych, żółtych azalii zmusił nas do obejścia budynku na około, wzdłuż i wszerz i do zachwycenia się jego pięknem – niezależnie od stojących przed nim koparek i wózków widłowych.


Pogoda okazała się być bardzo słoneczna, chociaż wcześniej zanosiło się na deszcz. Mijaliśmy pola rzepaku, kasztanowe aleje i co jakiś czas podśpiewując dotarliśmy do Parku Dendrologicznego. Zapach kwiatów po raz kolejny nas ożywił, a także zachwycił. Z wieży widokowej dało się dostrzec czaple na znajdującym się nieopodal stawie. Po krótkiej sesji zdjęciowej wyszliśmy z parku i znaleźliśmy się w malowniczym lesie bukowym. Tutaj rozgorzała dyskusja jak idziemy. Czy najkrótszą drogą do Niemodlina (to znaczy pizza wcześniej) czy  „Idziemy do Niemodlina ścieżką dydaktyczną” (czyli pizza później). Przewagą jednego głosu zadecydowaliśmy o pójściu ścieżką. Nie pożałowaliśmy.

Pierwszym przystankiem był dość spory głaz narzutowy. Na tablicy informacyjnej znaleźliśmy informację o  jego średnicy i postanowiliśmy ją potwierdzić. Szło nam tak średnio, a nasze główkowanie podsumowała Tereska słowami:  „obwód głazu do połowy wynosi dziesięć obszarów rozłożonego palca”. Tak, właśnie tyle! Kolejnym przystankiem była pustelnia. Dokładniej – kaplica zbudowana z drewna i obłożona płatami sosnowej kory. Wyglądała bardzo malowniczo. Idąc dalej przepiękną drogą dotarliśmy do punktu „Uroczysko Piekiełko”. Brzmiało bardzo zagadkowo i tak też wyglądało.

W rytm od dawna znanej nam już piosenki „Na zielonej łące… raz, dwa trzy …” powoli zbliżaliśmy się do Niemodlina. Po dotarciu do murów miasta pan Taczyński postanowił nie dać ich sforsować i stanął w wąskim przejściu. Niestety, pod naciskiem 10 osób ustąpił i weszliśmy do miasta. Jego układ urbanistyczny wydał się być dość intrygujący – było podłużne. Dywagacje na temat tego pozostawiliśmy jednak na później, ponieważ wszyscy pragnęli … pizzy. Udaliśmy się więc w stronę jedynej pizzerii w Niemodlinie. Dziewczyny trochę zniszczyły system, ponieważ jadły tortillę i inne takie, ale weterani inwalidzi tj. absolwenci oraz Pan Taczyński pozostali przy tradycji i zamówili pizzę. Nie zabrakło na naszym stole oczywiście familijnej.

Postanowiliśmy udać się jeszcze na spacer. Pod kościół. Odbywał się tam chrzest, więc nie mogliśmy wejść do środka, ale zadziwiła nas konstrukcja wieży.  Jej dolna część wyglądała jak przód kamienicy, a powyżej znajdowała się normalna wieża. Intrygujące. Odwiedziliśmy też renesansowy zamek Książąt Niemodlińskich. Pierwotnie był to zameczek myśliwski, później rezydencja magnacka, liceum ogólnokształcące a ostatnio tło do głośnego filmu „Jasminum”. Niestety nie dało się wejść na arkadowy dziedziniec.


W oczekiwaniu na autobus postanowiliśmy zagrać w Mafię. Rozgrywka była ciekawa, ale absolwenci Grzesiu i Ewa zostali zabici jako pierwsi. Postanowili więc udać się na stację benzynową w celu zakupu czegoś do picia. Problem w tym, że w międzyczasie, około 15 minut za wcześnie przyjechał autobus. Nie było go w żadnym rozkładzie a kierowca nie dawał gwarancji czy nasz przyjedzie. Zorganizowano więc brawurową akcję i nasi dzielni absolwenci roku zdążyli biegiem wrócić.

W autobusie jeszcze graliśmy w mafię, trochę w rewolwerowca, no i dotarliśmy do Opola. Tam udałam się zakupić ciasto dla wszystkich w słynnej już cukierni (jakieś łosie lubią siadać na cieście stamtąd) i doczekaliśmy się na pociąg.

W pociągu zastaliśmy dość nieogarniętego konduktora, który zastanawiał się długo jak odczytać bilet. Po dłuższym namyśle doszedł do wniosku, że jedziemy pociągiem ze złym biletem. Musieliśmy zorganizować kolejną brawurową akcję tego dnia pt. „przesiadamy się w Brzegu na osobówkę”. Udało nam się perfekcyjnie ze sporym zapasem czasu.

Na Dworcu Głównym we Wrocławiu zadowoleni z wyprawy pożegnaliśmy się i rozeszliśmy w stronę domów. 

(tekst i zdjęcia: Magdalena Łukowiak)

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte. 

sobota, 11 maja 2013

Henryków

fot. Magdalena Łukowiak, 2013

Gdy już mówimy o Szlaku Cysterskim, warto zaprosić także do kolejnego najbliższego Wrocławia klasztoru użytkowanego przez Cystersów. Nazwa miejscowości, w której się znajduje pochodzi od imienia fundatora - Henryka Brodatego, więc jak nie trudno się domyślić mam na myśli Henryków. Z lekcji języka polskiego możemy dowiedzieć się jak brzmiało pierwsze zdanie napisane w języku polskim - "Day, ut ia pobrusa, a ti poziwaj". W XIII wieku zostało ono wpisane do Księgi Henrykowskiej, którą, jak sama nazwa wskazuje, możemy oglądać podczas zwiedzania klasztoru! Historia Opactwa Cysterskiego w Henrykowie była tworzona przez osiem wieków i stanowi niezwykle ważny element dziedzictwa kulturowego Dolnego Śląska.



Zwiedzić możemy zarówno klasztor pocysterski i jego wnętrze (m. in. Palratorium, Sale: Purpurową, Dębową, Żółtą, Refektarz) oraz Kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Wejść można w soboty o 12:00 i 14:00, w niedziele o 11:00, 13:00 i 15:00,a w pozostałe dni po uprzednim zgłoszeniu. Widok wejścia do klasztoru (mury) są według mojego znajomego "tak słynne, że aż są na okładce mapy Sudetów!". Stwierdzamy więc, że każdy powinien to miejsce zobaczyć!

JAK DOJECHAĆ?

Podróż proponuję rozpocząć na Dworcu Głównym we Wrocławiu wsiadając w pociąg jadący w stronę Kłodzka i opuszczając go na stacji w Henrykowie. Od stacji proponuję spokojną, malowniczą drogę przez Park w Henrykowie (gdzie przeważa górski krajobraz lasu bukowego). Czeka nas około dwukilometrowa marszruta. No chyba, że ktoś jest bardziej głodny wrażeń, to można pójść na około.

za : maps.google.pl
"widok z okładki", fot. M.Łukowiak, 2013













Comments System

Disqus Shortname