piątek, 28 grudnia 2012

Pogranicze polsko-niemiecko-czeskie (wycieczka 53)

Pierwszy raz piszę sprawozdanie dzień po wycieczce, a nie chwilę po jej zakończeniu lub podczas niej! Trzeba to jakoś uczcić ...  właśnie w moich ustach rozpływa się smak czekolady Studentskiej popijanej Kofolą ..., genialne połączenie. Na początek najlepiej będzie, jeśli przedstawię cel naszej podróży, pogranicze polsko-niemiecko-czeskie. 28 grudnia 2012 roku o bladym świcie, czyli o 6:10, zjawiliśmy się w umówionym miejscu „pod walizką” na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Przygotowani byliśmy na dość długą wyprawę. Nie było nas zbyt wielu, głównie absolwenci, ale jak to mówią „czworo to już tłum”. Pogoda na szczęście zapowiadała się ładna i w miarę ciepła i tym razem nie czekały nas siarczyste mrozy. Wsiedliśmy do pociągu, który miał nas zawieźć do niemieckiego Zgorzelca. Następnie przemieścić mieliśmy się do Żytawy, a stamtąd prosto do Liberca.


Podróż minęła nam dość szybko. Wysiedliśmy na Bahnhof Görlitz i od razu przypomniała nam się tegoroczna wymiana w Dortmundzie i Bonn (o której poczytać można kilka sprawozdań wcześniej). Udaliśmy się na przystanek tramwajowy i przejechaliśmy pojazdem aż dwa przystanki, aby zobaczyć Katedrę św. Jakuba. Kościół wygląda na bardzo reprezentacyjny, ponieważ stoi na wzgórzu i jest widoczny wraz ze swoją 68-metrową wieżą z bardzo daleka. Nie mogliśmy wejść do środka, ponieważ przy furtce zastaliśmy kartkę, na której było napisane „od 7 maja do 30 listopada wejście nieczynne” . Cóż, chyba się trochę ten okres przedłużył. Przyjrzeliśmy się także kilku obiektom niedaleko dworca, udaliśmy się na krótki spacer świątecznie przyozdobionymi ulicami miasta i ze świadomością, że wrócimy tu wieczorem, znaleźliśmy się ponownie na Dworcu.


Wsiedliśmy do pociągu, który miał zawieźć nas do Żytawy. Jechaliśmy dość krótko podziwiając coraz bardziej górskie krajobrazy. Kilkukrotnie przekraczaliśmy granicę polsko-niemiecką. Dawało się to zauważyć, ponieważ po wjeździe do Polski pociąg za każdym razem albo zwalniał, albo było słychać charakterystyczne „tu dum-tu dum” (za którym będąc na dłużej w Niemczech oczywiście bardzo tęskniliśmy!). Wzdłuż rzeki Nysy poruszaliśmy się jeszcze długo, wyglądając przez okno i szukając słupków granicznych.


W Żytawie, czekając na pociąg, obejrzeliśmy głównie perony dwóch dworców – normalnotorowego i wąskotorowego. Znów przypomniały nam się śmieszne sytuacje z poprzednich wycieczek, znów uświadomiliśmy sobie, ile razem przeżyliśmy. Cóż, to ostatnia wycieczka w 2012 roku, warto więc powspominać. Gdy nadjechał pociąg rzuciliśmy się na niego, gdyż nie mogliśmy doczekać się przekroczenia granicy z Czechami (zwłaszcza Grzesiu). Jechaliśmy kilkakrotnie zmieniając swoje państwowe położenie – najpierw Niemcy, potem Polska, w końcu jednak dotarliśmy do celu, do Czech.



W Libercu naszym pierwszym celem było dotarcie na Jeszted mający 1012 m n.p.m. Jest to najwyższy szczyt Grzbietu Jesztedzkiego, pasma górskiego wchodzącego w skład Sudetów Zachodnich i w całości znajdującego się w Republice Czeskiej. Na szczycie, zbudowanym z odpornych na erozję skał metamorficznych, znajduje się charakterystyczny „szpikulec”. Górę widać z bardzo daleka. Wsiedliśmy więc do tramwaju, a następnie do wagonika kolejki linowej i robiąc po drodze mnóstwo zdjęć, dotarliśmy na szczyt. Tam również podziwiając widoki, robiliśmy głównie zdjęcia. W schronisku (no, dobra, hotelu***), część z nas postawiła na ciepło i wypiła pyszną czekoladę, a druga część na Czechy i wypiła Kofolę. Pewnym osobom bardzo brakowało tego smaku, a niektórzy przyjmowali we Wrocławiu zamówienia na ten napój … Szkoda, że na to nie wpadłam! Jako że widoczność tego dnia była idealna, spędziliśmy na szczycie całkiem sporo czasu, ponieważ nie mogliśmy się napatrzeć na pokryte śniegiem góry. Jak śpiewał zespół Stare Dobre Małżeństwo :


stąd do ziemi dalej niż do gwiazd,
zachwytu swego nie wysłowisz.
Rosną skrzydła u ramion
czas się w wieczność przemienia
góry i wolność dokoła
chyba dostąpimy tu wniebowstąpienia”


Gdy zjechaliśmy z góry postanowiliśmy zwiedzić miasto, w tym celu wsiedliśmy do tramwaju na pętli Górny Hanychów i zaczęliśmy podróż w dół, ku Kotlinie Libereckiej. Tramwajem dotarliśmy aż pod Zamek. Warto dodać, że w Libercu tramwaje, należą do najstarszych w Republice, kursują pomiędzy dwoma miastami – Libercem i Jabłońcem nad Nysą, mają podwójny rozstaw szyn (1000 i 1435 mm) i dodatkowo pokonują bardzo duże różnice wysokości.



Obejrzeliśmy Zamek ze wszystkich stron, jednak nie udało nam się znaleźć wejścia, to znaczy było jedno, ale na wysokości pierwszego piętra. Pełni zdziwienia nad warownością tego obiektu, udaliśmy się na rynek, a właściwie plac Edwarda Benesza, drugiego Prezydenta Republiki Czechosłowackiej. Po wysłuchaniu krótkiego wykładu o roli tego człowieka dla czechosłowackiej państwowości zajęliśmy się oglądaniem najbardziej charakterystycznego budynku miasta. Był to oczywiście Ratusz, piękny neorenesansowy budynek, który rozpoczęto budować  w 1888 roku.


Pełni wrażeń estetycznych Grzesiu, bo któżby inny (ale ja go poparłam), zarządził rozpoczęcie poszukiwań miejsca, w którym będzie można coś zjeść. Tak więc przeszliśmy się uliczkami miasta mijając m.in. Operę i dotarliśmy do restauracji. Mężczyźni postanowili zjeść to, co najbardziej czeskie, czyli ser smażony. Do tego niezmiennie Kofola. My z Ewą uznałyśmy, że tradycji wycieczkowej musi stać się zadość, więc wybrałyśmy sobie pizzę.  


Po zjedzeniu postanowiliśmy zrobić szybki napad na supermarket, w celu zakupienia zapasów żywnościowych (właściwie to zwłaszcza Cofoli i czekolady Studentskiej). Musiała to być naprawdę szybka akcja, ponieważ do przyjazdu pociągu zostało nam bardzo niewiele czasu. W moim przypadku to była symboliczna jedna butelka Kofoli, czekolada Studentska (którą właśnie kończę L) i oczywiście Lentilki! Grzegorz przebił jednak wszystkich, ponieważ kupił 2 zgrzewki Kofoli, co dawało w sumie 16 litrów napoju!


Obładowani zapasami pobiegliśmy na tramwaj, a następnie na pociąg, który zawiózł nas z powrotem do Żytawy. Pociąg, którym jechaliśmy wyjechał z opóźnieniem … minutowym, no, ale jednak! Opuściliśmy więc czeską krainę. Słówko, które najbardziej przypadło mi do gustu to „zastawka” – przystanek. :D


Wysiedliśmy ponownie na Görlitz Bahnhof. Tym razem udaliśmy się w stronę ścisłego centrum.  Miasto o tej porze było bardzo świąteczne, choć uważa się je za wymarłe. Fakt, że nie spotkaliśmy zbyt wielu ludzi na swej drodze, było cicho i spokojnie, jednak bardzo sympatycznie. Obejrzeliśmy Ratusz, przeszliśmy się magicznymi uliczkami miasta, minęliśmy Muzeum Śląskie (Das Schlesische Museum), Kościół farny św. Piotra i Pawła (Peterskirche). Zaciekawił nas łuk szeptów. Gdy jedna osoba stanęła po jednej stronie, a druga po drugiej i mówiły do siebie ledwie słyszalnym szeptem, słyszały się one bardzo dobrze. Zabawnie wyglądało to z zewnątrz, ponieważ my niczego nie słyszeliśmy.


Na moment przystanęliśmy przy moście staromiejskim, który łączy dwie części Zgorzelca,  polską i niemiecką. Dawniej trzeba by było w tym momencie okazać paszport. My jednak mogliśmy przejść przez niego swobodnie. Nieco smutny okazał się fakt, że po drugiej stronie Nysy jest głównie brzydkie blokowisko. Obejrzeliśmy także zrekonstruowany Plac Pocztowy, na którym znajduje się kopia słupu milowego poczty saskiej, funkcjonującej w XVII wieku sieci połączeń pomiędzy rządzonymi przez Wettinów Polską, Litwą i Saksonią.


Postanowiliśmy pójść na tramwaj, aby zdążyć na pociąg powrotny do Wrocławia. Szliśmy, szliśmy, szliśmy… Po pewnym czasie stwierdziliśmy, że chyba pomyliliśmy drogę. Choć nie było zupełnie ciemno, bo była pełnia Księżyca, zaczęliśmy rozglądać się za jakimiś oznakami cywilizacji, za światłem budynków. Ponieważ znaleźliśmy się na jakimś polu, postanowiliśmy skręcić i przejść przez cmentarz, aby wrócić do rysującego się w oddali miasta. Było to nieco mroczne, ale daliśmy radę i szybko odnaleźliśmy odpowiedni tramwaj. (Jakby coś nas zamierzało napaść, biada mu, ponieważ wciąż mieliśmy w zapasie 16 litrów Kofoli Grzesia). Na Dworzec biegliśmy, ale ostatecznie zdążyliśmy bez problemu. Rozsiedliśmy się na wygodnych siedzeniach i wyruszyliśmy z powrotem do domu.


We Wrocławiu byliśmy ok. 21:30. Opracowaliśmy system pożegnalny, aby każdy dziękował każdemu za wyprawę i rozeszliśmy się do domów przepełnieni pozytywną energią. Zauważyliśmy też, że skoro jest piątek, cały weekend przed nami, a potem dodatkowe 2 dni wolnego, poczuliśmy więc ulgę, że nie trzeba znów odrabiać lekcji.

Tekst: Magdalena Łukowiak
Zdjęcia: Magdalena Łukowiak, Grzegorz Smoła

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

piątek, 14 grudnia 2012

Zaskakująca lekcja w ZSP


Miał być piątek, jak co tydzień w Plastyku. Trzeba jednak przyznać, że uczniowie robią wszystko, żeby zaskoczyć i umilić szary grudniowy dzień. Kiedy wdrapałem się na czwarte piętro i otworzyłem drzwi do sali 401, stanąłem jak wryty. Uczniowie klasy II L grzecznie czekali na lekcję, ale do framugi drzwi przykleili taśmę blokująca dostęp do środka. Trzeba przyznać, że miałem wejście jak nigdy! Dziękuję za chwilę uśmiechu! :)

sobota, 8 grudnia 2012

Radiostacja Gliwicka (wycieczka 52)

Tym razem zbiórka była naprawdę wcześnie, bo o godzinie 6:15. Po wyjściu z domu zaskoczył mnie siarczysty mróz (tak ok. -14°C). Wszyscy przybyli punktualnie, nawet Grzegorz Smoła. Przybycie Marszałka jako pierwszego zdarza się bardzo rzadko, ale to wszystko sprawa zakładu, wygranego zresztą. O ile my przybyliśmy na czas to naszemu pociągowi nie spieszyło się. Raz po raz zapowiadano opóźnienie, które z każdą zapowiedzią stawało się większe. Na początku było to nawet zabawne, ale potem zaczęliśmy odczuwać chłód i szybko przemieściliśmy się z peronu do hollu, gdzie było trochę cieplej. 


Po około godzinnym oczekiwaniu na dworcu postanowiliśmy zmienić plany i pojechać pociągiem osobowym do Opola, a tam przesiąść się w kolejny osobowy do Gliwic. Po wejściu na peron ujrzeliśmy oszronioną, obwieszoną ze wszystkich stron soplami jednostkę elektryczną, jakby żywcem wyciągniętą z Syberii. Szczęśliwie nastąpiła jednak szybka zmiana planów, ponieważ nareszcie przyjechał pociąg InterRegio „Bolko” do Lublina, na który czekaliśmy wcześniej. Jak się okazało spóźnienie było spowodowane rozmrażaniem i ogrzewaniem składu na bocznicy. Szybko przemieściliśmy się do tego drugiego, mniej oszronionego pojazdu.


Tam pozostaliśmy, dosłownie, na dłużej. Podróżowaliśmy przez ok. 3,5 godziny. Pociąg zatrzymywał się na wielu stacjach i chyba mu się na nich podobało, bo zostawał tam na dość długi czas, z powodów takich jak brak prądu czy zamarznięte rozjazdy. Trzeba przyznać, że pan konduktor wszystkich uspokajał i rzetelnie przekazywał informacje o spóźnieniu, ale do czasu. Już od kwadransa czekaliśmy w Oławie aż na semaforze pojawi się znak odjazdu, kiedy do przedziału wszedł   wspomniany wcześniej konduktor. „Proszę państwa, wszystkie pociągi stoją, czekamy aż rozmrożą rozjazdy”, ledwie skończył, a za oknem z wielkim impetem przetoczył się ekspres „Fredro” do Warszawy. Wszyscy stoją … jasne! W dobrym towarzystwie podróż mija jednak bardzo szybko, tym bardziej w towarzystwie filozofa Konfucjusza, który ma cenne rady nawet na zamarznięte rozjazdy i spóźnione pociągi!


Jesteśmy w Gliwicach. Pech nas nie opuszcza. Jeszcze w pociągu pan Taczyński sprawdził rozkład jazdy autobusu do Radiostacji. Nasz czas pobytu wyraźnie się skurczył, więc chodzi o zdynamizowanie wycieczki. Niestety pech nas nie opuszcza. Po 20 minutowym oczekiwaniu na przystanku, rezygnujemy i do celu udajemy się na piechotę. Po drodze zahaczyliśmy o Cmentarz Lipowy, na którym próbowaliśmy znaleźć grób architekta Jacka Burzyńskiego, konstruktora wrocławskiego Trzonolinowca. Wszystko było jednak przykryte śniegiem, więc daliśmy za wygraną. Bez trudu  znaleźliśmy jedynie grób pradziadka pana Taczyńskiego, zresztą również Jana! Postawiliśmy i ruszyliśmy dalej.


Pierwszym celem, który udało nam się zrealizować było zwiedzenie Radiostacji Gliwickiej, w której odbyła się 31 sierpnia 1939 roku Prowokacja Gliwicka. W samej radiostacji obejrzeliśmy bardzo ciekawy film - rekonstrukcję prowokacji, która zapoczątkowała działania zbrojne w czasie II wojny światowej. To, co było w tym wszystkim wyjątkowe, to fakt że znajdowaliśmy się w dokładnie tym miejscu, przy oryginalnym sprzęcie. Mogliśmy „dotknąć historii”. Niestety, nie spotkaliśmy pana Andrzeja Jarczewskiego, o którym opowiadali uczestnicy poprzedniej wycieczki sprzed blisko trzech lat. Ten pracownik Radiostacji potrafi opowiadać o tym miejscu godzinami.


Następnie udaliśmy się autobusem do miasta, gdzie zwiedziliśmy najważniejsze zabytki miasta. Weszliśmy do neogotyckiej katedry pod wezwaniem Świętych Piotra i Pawła. Przez chwilę podziwialiśmy piękne ceglane wnętrze i naścienne scrafitta . Zauważyliśmy, że szlak naszej wędrówki po świątyni znaczą błotniste ślady. Trochę zawstydzeni naszym gapiostwem, zrobiliśmy szybki w tył zwrot i po własnych śladach udaliśmy się do wyjścia. Podeszliśmy jeszcze pod malutki Zamek Piastowski, a po drodze na rynek podziwialiśmy budynki, z charakterystycznymi, dla starych miast górniczych, trapezoidalnymi szczytami.


Oczywiście nie mogło zabraknąć posiłku. Na rynku odnaleźliśmy pizzerię. Jedzenie bardzo nam smakowało, tym bardziej, że zupełnie gratis do jedzenia dołączony był piękny widok z okna na gliwicki ratusz. Wypiliśmy również herbatkę i ogrzaliśmy się nieco.


Ostatnim z celów naszej podróży była Palmiarnia w Gliwicach. Przekroczyliśmy drzwi szklanego budynku, zostawiliśmy kurtki i plecaki w szatni. Za ścianami zostawiliśmy mróz i śnieg. Zanurzyliśmy się w inny świat. Wczuliśmy się w tropikalny rytm, posłuchaliśmy śpiewu ptaków i odpoczęliśmy na ławce.


W drodze powrotnej graliśmy w… mafię! Chyba naprawdę zrodziła się nowa tradycja! Jedna z partii gry była zadziwiająca, ponieważ zaczęliśmy podczas pojedynku recytować wiersze i poematy narodowych wieszczów bądź słynnych polskich autorów. Przyłączył się do nas nawet pewien podróżny, ale szybko zrezygnował, ponieważ okazało się że nikt nie jest w stanie nam dorównać! W oczach współpasażerów można było dostrzec nieskrywane zdziwienie i uznanie. Po pewnym czasie powróciliśmy do standardowej gry. Dotarliśmy na Dworzec Główny ok. 20.20 i przepełnieni nadzieją, że następna wycieczka będzie równie udana, rozeszliśmy się do domów. 


Tekst i zdjęcia:
Magdalena Łukowiak

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.



czwartek, 22 listopada 2012

Tydzień Edukacji Globalnej

Mijający tydzień został nazwany Tygodniem Edukacji Globalnej, podczas którego zastanawiamy się nad różnymi obliczami edukacji i nad problemami współczesnego świata. W naszym Gimnazjum zorganizowana została wystawa zdjęć z Afganistanu. Możemy przyjrzeć się jak wygląda nauka w tym górzystym, dotkniętym przez kataklizm wojny kraju. Lekcja odbywa sie nawet wtedy, kiedy ławki ustawione są na świeżym powietrzu, pod otwartym niebem ...

Również w innych szkołach odbywały się akcje dotyczące tematyki tygodnia. Przedstawiciele koła geograficznego i samorządu udali się w czwartek do Salezjańskiego Liceum Ogólnokształcącego na ulicę Zachodnią. Spotkanie przebiegało pod hasłem "Jak dobrze pomóc Afryce?" Rozpoczął je dyrektor szkoły - ks. Jerzy Babiak SDB, który naświetlił nam problem głodu i suszy dotykający tzw. Róg Afryki.

Później mieliśmy okazję zobaczyć prezentację osiągnieć Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego, w który włączają się nasi rówieśnicy. Dwie uczennice liceum opoiwedziały nam o swojej wakacyjnej wyprawie do Ghany, podczas której pracowały nad wyremontowaniem budynku przeznaczonego na potrzeby szkoły.

Spotkanie zakończył konkurs i degustacja produktów afrykańskich opatrzonych znakiem sprawiedliwego handlu. Nam szczególnie zasmakowała czekolada :)

sobota, 10 listopada 2012

Dinopark Krasiejów (wycieczka 51)


Dnia 10 listopada 2012 roku stawiliśmy się, jak co miesiąc na Dworcu Głównym we Wrocławiu o godzinie 7:15. Pora jak zwykle była bardzo wczesna, ale wszyscy stawiliśmy się punktualnie. Były pewne problemy z kupnem biletów, ponieważ pani kasjerka była bardzo marudna, ale ostatecznie udało się. Wsiedliśmy do pociągu i udaliśmy się w podróż do Opola.


Półtorej godziny później wysiedliśmy. Usłyszeliśmy zagmatwaną historię rozbudowy opolskiego dworca i powędrowaliśmy ulicą Krakowską w stronę Starego Miasta. Tuż za dworcem znajdował się sklep i bar rybny o wdzięcznej nazwie Rybex, wystrojem przypominający minione czasy PRL-u, ale o tym później. Mijając Rynek i ratusz w stylu florenckim, doszliśmy do katedry pw. Podwyższenia Krzyża Świętego. W niej znajdował się sarkofag ostatniego księcia opolskiego – Jana II Dobrego oraz cudowny obraz Matki Boskiej Opolskiej, lub jak kto woli Matki Boskiej Piekarskiej, bo jak się okazało ten sam wizerunek czczony jest przez wiernych w Opolu i Piekarach Śląskich.  Przeszliśmy się także pod słynny Amfiteatr, w którym co roku odbywa się Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej. W końcu zatrzymaliśmy się pod Urzędem Wojewódzkim, gdzie pan Taczyński objaśnił nam rolę jaką odgrywa mniejszość niemiecka w zarządzaniu regionem.


za: polskalokalna.pl
Po godzinnej przechadzce udaliśmy się na Dworzec. Wsiedliśmy do pociągu do Zawadzkiego, który miał zatrzymać się w Krasiejowie. Podróż minęła bardzo szybko. Po drodze mieliśmy okazję, przekonać się co do obecności mniejszości niemieckiej. Na niektórych stacjach, postawiono w ostatnich dniach nowe tablice z podwójnymi nazwami miejscowości. Pierwsza tablica, którą dostrzegliśmy to podwójna nazwa Suchego Boru, czyli Derschau, później były jeszcze Chrząstowice czyli Chronstau i Dębska Kuźnia, czyli Dembiohammer.


Dojechaliśmy do Krasiejowa. Przed nami około trzykilometrowa droga do Juraparku. W międzyczasie dołączył do nas kot, czarno-białe, puchate, miłe stworzonko. Pół żartem, pół serio, chłopcy zaproponowali, aby na cześć sklepu w Opolu nazwać go Rybex. Nazwa szybko się przyjęła. Zwierzę poszło za nami do parku dinozaurów. Był bardzo towarzyski, ale najwyraźniej zmarzły mu trochę łapy, bo postanowił przez otwarte okienko wskoczyć do kasy. Na chwilę zniknął nam z oczu ...


Pierwszą z atrakcji Juraparku było oceanarium. Na ekranach obserwowaliśmy fantastyczne ichtiozaury w 3D. Ostatni monitor dostarczył nam dużo emocji. Dostrzegliśmy ogromnego gada, który z wielkim impetem uderzał w szybę wirtualnego akwarium. Dźwięki uderzeń i pękającego szkła, połączone z drżeniem podłogi i lejąca się wodą być nieco stresujące. Na szczęście wszystko okazało się tylko filmem.


Oczekując na kolejkę obserwowaliśmy bójkę Rybexa z innym kotem. Nasz towarzysz niespodziewanie pojawił się i równie niespodziewanie zniknął. Nie mieliśmy czasu aby sprawdzić jak potoczyły się losy kociej bitwy, ba zaczęliśmy przenosić się w czasie!  „Tunel Czasu”, bo o nim mowa okazał być się ok. 300 metrowym kinem, w którym obejrzeliśmy film o tworzeniu się wszechświata. W przeciągu kilku minut odbyliśmy podróż przez 13 miliardów lat dziejów wszechświata!


Wyjechaliśmy z tunelu. Przed nami roztaczał się widok na dinozaury. Było ich bardzo wiele, od malutkich, po ogromne. Obejrzeliśmy największego z prezentowanych dinozaurów – amficeliasa. Znaleźliśmy również „haniozaura”, czyżby został nazwany na cześć naszej koleżanki Hani? Musimy to sprawdzić. Weszliśmy też do pawilonu paleontologicznego, gdzie zaprezentowane były szczątki dinozaurów odkrytych w miejscu znalezienia (in situ). Obejrzeliśmy też tam krótki filmik obrazujący ich życie.


Cały Jurapark został zlokalizowany w miejscu, gdzie dawniej funkcjonowała kopalnia gliny i cegielnia. Grunt na którym usytuowano repliki dinozaurów był niezwykle grząski, dlatego poruszaliśmy się wyłącznie po drewnianych pomostach i brukowanych chodnikach. Niesprzyjające podłoże okazało się jednak doskonałą pomocą dydaktyczną. Pan Taczyński objaśnił nam interesujące procesy fluwialne zachodzące w glinie zwałowej wyścielającej nieckę pokopalnianą. Bardziej po ludzku chodziło o zaobserwowanie, jak płynąca woda rzeźbi meandry, dolinki i progi wodospadów.   


Cóż to za wycieczka bez zabawy na placu zabaw? Bez powrotu do dzieciństwa, huśtania się na huśtawce? No właśnie … żadna! Dlatego postanowiliśmy udać się ku huśtawkom, zjeżdżalniom i drabinkom, które odnaleźliśmy przy wyjściu z ekspozycji dinozaurów. Znów niespodziewanie dołączył do nas nasz kot Rybex, który wyłonił się spod nóg Diplodoka. Po dłuższej zabawie, porobieniu sobie zdjęć, udaliśmy się w drogę na stację. Niestety musieliśmy się pożegnać z pupilem, wszyscy za nim bardzo tęsknimy!


W Opolu skierowaliśmy się oczywiście do pizzerii! Jedzenie, jak zawsze, nam smakowało. Niestety, ale przez nieobecność marszałka wycieczek, Grzegorza, nie udało nam się zjeść wszystkiego. Wieczorem powróciliśmy do Wrocławia w dobrych humorach i już nie możemy doczekać się kolejnej wycieczki!


Tekst i zdjęcia:

Magdalena Łukowiak


Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte




piątek, 26 października 2012

Audycja w Radio Rodzina


Dzisiaj wieczorem, razem z Grzesiem Smołą i Magdą Łukowiak byłem w Radio Rodzina. Braliśmy udział w cyklicznej audycji Wrocławsko - Dortmundzkiej Fundacji Świętej Jadwigii. Program prowadziła red. Monika Kordylewska. Opowiadaliśmy o wymianach polsko - niemieckich, dzieliliśmy się wrażeniami z pobytu w Dortmundzie, Bonn i Kolonii.


Nagranie audycji.


sobota, 20 października 2012

Małujowice i Brzeg (wycieczka 50)

Sobota, 20 października 2012 roku przywitała nas mglistą pogodą zwiastującą słoneczny, ciepły dzień. Tuż przed świtem spotkaliśmy się przed dworcem głównym. W nerwach czekaliśmy na jednego, spóźnionego uczestnika, który w końcu do nas nie dołączył, bo zaspał. Jak się później okazało spał aż do południa! Po wykonaniu kontrolnego telefonu do mamy  śpiocha, o 7:41 z zapałem weszliśmy do zatłoczonego pociągu, gdzie zajęliśmy godne miejsca na podłodze przedziału dla podróżnych na wózkach.

Po 40 minutach jazdy znaleźliśmy się na pięknym dworcu w Brzegu. Dworzec był świeżo po remoncie i bardzo nam przypadł do gustu. Pochodzący z 1870 roku budynek efektownie prezentuje się już z daleka. Wnętrza również mogą zachwycić, szczególnie jeśli będzie się zadzierało głowę. Odtworzone bowiem zostały architektoniczne detale i sztukateria na wysokości kilku metrów. Zauważyliśmy efektowne żyrandole i jasne, pastelowe kolory, którymi pomalowano ściany holu.

Mgły powoli się podnosiły i otwierały widok na błękit nieba. Wyszliśmy przed dworzec, skąd autobusem podjechaliśmy do Skarbmierza a dalej Drogą Św. Jakuba podążaliśmy ku Małujowicom. Zapewne niewielu słyszało o tej miejscowości, a szkoda, bo jest bardzo ciekawe miejsce. Słynie z gotyckiego kościoła z pięknie zachowanymi średniowiecznymi polichromiami. Chwilę staliśmy przed zamkniętą kratą wejściową, aż w końcu powitał nas otyły pan, we flanelowej koszuli, który okazał się później księdzem proboszczem. Zaprosił nas, abyśmy bocznym wejściem weszli do remontowanego aktualnie kościoła. Freski były wyjątkowe. Pan Taczyński oświecił nas, że epoka średniowiecza nie była ciemną epoką, gdyż ludzie wymyśliwszy coś tak pięknego nie mogli być głupi. Marszałek wycieczek Grzegorz Smoła zrobił nam pamiątkowe zdjęcia.

W zachwycie wyszliśmy na zewnątrz i kontemplując piękno sztuki usiedliśmy na ciepłym, rozgrzanym przez słońce asfalcie. Wesoło rozmawialiśmy i jedliśmy pyszne kabanosy z firmy TArCZYŃSKIEGO, które przyniosła Ula Banda. Już mieliśmy się podnieść i udać się w drogę powrotną, ale zatrzymało nas pytanie Ilony: „Wiecie co wydarzyło się w Małujowicach w 1741 roku?”. Pan Taczyński od razu się spostrzegł, że zapomniał opowiedzieć nam o tej dacie, a ściślej o bitwie austriacko – pruskiej, podczas I Wojny Śląskiej. Chwilkę jeszcze zajęło wytłumaczenie zawiłości bitwy …

Gorące południowe godziny. Idziemy w stronę Brzegu. W czasie uroczego spaceru, zatrzymaliśmy się nad basenem w Skarbimierzu, aby złapać promienie słoneczne. Na następnym postoju, u stóp Góry Świętego Jerzego pan Taczyński razem z Grzegorzem Smołą zaszczycili nas swymi nadzwyczajnymi przeżyciami z przeszłości, z poprzednich wycieczek koła turystycznego.


Po odpoczynku wyruszyliśmy w stronę brzeskiego zamku Piastów Śląskich. Kiedy dotarliśmy już do celu, obejrzeliśmy piękne krużganki i zwiedziliśmy tajemnicze podziemia muzeum. Znajdowały się tam  przerażające trumny i grobowce członków rodziny książęcej. Wychodząc z podziemi natknęliśmy się na ogromne drzewo genealogiczne Piastów. Po dokładnych obliczeniach Oli, okazało się że ostatni z żyjących Piastów brzeskich – książę Jerzy Wilhelm (zmarł w 1675 roku), był w prostej linii 26 x prawnukiem Mieszka Pierwszego! Oprócz skarbów dotyczących historii Piastów, podziwialiśmy obrazy Kossaków, meble, stroje i figury ze średniowiecza. Marszałek Grzegorz Smoła nieświadomie złamawszy prawo muzealne fotografował eksponaty, ale upomniany przez panią z obsługi, z bólem serca schował aparat do plecaka. Zdjęć niestety, z wiadomych względów, nie możemy pokazać.  

Po wyczerpującej wędrówce i zwiedzaniu przyszedł czas na posiłek. Musieliśmy jednak trochę się nachodzić, aż w końcu odnaleźliśmy pizzerię. Nasz opiekun kupił dużą, 42. centymetrową pizzę. Z niedowierzaniem patrzyliśmy się, na to czy Pan podoła wyzwaniu i zje całą. Jak się okazało Pan postanowił być wspaniałomyślny!. Zakup dużej pizzy, bardziej się opłacał niż małej, więc po powrocie do domu podzielił się ze swoją rodziną i [….]!!! [….] :).

Na końcu wycieczki przewodnictwo przejęła Aleksandra Błażejewska, która zaprowadziła nas na dworzec kolejowy. Po drodze odwiedziłyśmy kościół Świętego Mikołaja. Patrząc się na cudowny i pełen barw, główny witraż, pan Taczyński mimochodem wspomniał o tym, że nasza nauczycielka, pani Maria Kulesza sama zaprojektowała i wykonała witraże. Zaskoczeni zaczęliśmy się wypytywać o szczegóły. Okazało się, że witraże naszej plastyczki znajdują się w Gubinie, miejscowości położonej na granicy polsko-niemieckiej.

W pociągu okazało się, że dla niektórych uczestników wycieczki, najgorsze miało dopiero nadejść! Bezwzględny pan Jan, nie mający litości, nie zważając na protesty pasażerów przepytał niektóre biedne uczestniczki wycieczki z mapy Ameryki Południowej i Północnej! Na szczęście oceny okazały się dość łaskawe, choć stres był!  

Kilkanaście minut po 18 rozstaliśmy się pełni nadziei, że spotkamy się w tym miejscu już za miesiąc!!!

Ola Ciechanowska, klasa 2b
Klaudia Sobkowicz, klasa 2b
Aleksandra Błażejewska,  klasa 2d
pomoc zdalna i mentalna Magdalena Łukowiak
fot. Grzegorz Smoła

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

czwartek, 11 października 2012

Nowa Ruda (wycieczka 49)

W dniu 10.10.2012r. spotkaliśmy się przed Dworcem Głównym i po zebraniu wszystkich osób ruszyliśmy na peron nr 3. Odjechaliśmy z dwuminutowym wyprzedzeniem. Do Wałbrzycha jechaliśmy pociągiem dwie godziny, ale droga zleciała nam szybko i wesoło. Pan Taczyński patrolował przedział i dawał cenne rady, zaszczycał nas swoją obecnością. Kiedyś jednak każda podróż się kończy. Musieliśmy wysiąść i udać się na peron, gdzie stał szynobus, który zabrał nas aż do kopalni węgla „Nowa Ruda”. Po drodze przejechaliśmy najwyższym wiaduktem kolejowym w Polsce, mającym 36 metrów wysokości i najdłuższym tunelem kolejowym, o długości 1,3 km.


W Nowej Rudzie, z przewodnikiem Jarkiem zwiedziliśmy sale wystawowe. Nie było to ciekawe, ale perspektywa udania się pod ziemię pocieszała wszystkich i dawała nam siły do dalszego słuchania. Po założeniu kasków (popularnością cieszyły się zwłaszcza czerwone i różowe) weszliśmy do kopalni. Tam dowiedzieliśmy się, że każdy kolor odpowiada za inną funkcję, np. żółty – miodziarz, biały – kadra, dyrektorzy, czerwony – elektrycy, zielony – uczniowie itd. W kopalni było ciemno, co wykorzystywał Edek – jej duch czyli skarbnik. Przemykał się niepostrzeżenie i kryjąc się w ciemnych zakamarkach chrapał nam niespodziewanie nad uszami. Niektórzy zyskali nowego idola, inni zaś witali go krzykiem. Na kolejnych stacjach naszego zwiedzania poznawaliśmy coraz to nowe rzeczy. Wiemy już, że dzieci pracujące w kopalniach nie dożywały często wieku młodzieńczego, a konie raz wjeżdżając pod ziemię, już nigdy nie widziały światła słonecznego. Dużą ilość uczniów zasmucił ich los, jednak szybko o tym zapomniano, po szalonej przejażdżce kolejką. Gdy wyszliśmy na powierzchnię, słońce oślepiło nas na krótką chwilę.


Tu dopiero zobaczyliśmy, że dwie osoby, które podzieliły na początku zwiedzania los górników, miały twarze całkowicie wysmarowane węglem. Czarna maź, podobno doskonała na cerę, zeszła dopiero ze skóry dopiero przy kontakcie z bieżącą wodą. Wróciliśmy do budynku administracyjnego kopalni, a tam (przed odwiedzeniem kawiarni) zrobiliśmy sobie pamiątkowe, grupowe zdjęcie.



Spod kopalni, busy zawiozły nas do pamiętnego ośrodka, w którym nasz szkolny Samorząd gościł rok temu. Wściekle głodna grupa po wciągnięciu obiadu była gotowa do logicznego myślenia. Zabraliśmy się do roboty. Opracowanie planu działania na rok szkolny 2012/2013 zajęło nam dużo czasu, ale przy pomocy ciastek, cukierków i dyrektorki Teresy Sembratowicz udało się go opracować idealnie. Zadowoleni z siebie poszliśmy na kolację, gdzie zachwycił nas tutejszy bigos i zaopatrzenie w ser żółty. Po kolacji musieliśmy jeszcze uzgodnić co nieco z panem Taczyńskim i przemiłą panią Rzeźniczak. Wytypowana została nowa wiceprzewodnicząca Julia ,,Czosnek” Ciosk-Noji. Nareszcie pozostało tylko wślizgnięcie się pod ciepłą kołderkę i zapadnięcie w głęboki sen.

Następnego dnia, oprócz pracy nad planem pracy Samorządu, nie udało się już więcej przemycić niczego turystycznego. Chociaż trzeba przyznać, że pomimo zmęczenia uczestnicy podziwiali niezwykle malownicze widoki, rozciągające się z okien szynobusu jadącego do Wałbrzycha, a nastąpnie okien wagonu wiozącego nas do Wrocławia.


(Hanna Chrapusta, Aleksandra Kogut, Julianna Wójcik, klasa 2d)

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

poniedziałek, 1 października 2012

170 lat Kolei Górnośląskiej


W tym roku szkolnym, w gabinecie geograficznym będzie nam towarzyszyć gazetka, nawiązująca do jubileuszu istnienie Kolei Górnośląskiej prowadzącej z Wrocławia do Bytomia i Katowic. Jest to jednocześnie nawiązanie do hasła, jakie przyświeca w tym roku wyjazdom Koła Turystycznego - "Poznajemy Górny Śląsk".

Comments System

Disqus Shortname