czwartek, 29 grudnia 2011

Muzeum Śląskie w Zgorzelcu (wycieczka 43)

Wszystko zaczęło się bardzo zwyczajnie. Poranek, dworzec, młodzi i sprawdzanie dokumentów. Tym razem jedziemy znów do Zgorzelca, aby zobaczyć Landeskronę, Muzeum Śląskie oraz kopalnię odkrywkową w Hagenwerder. Choć za oknem jeszcze ciemno, wiec nie można podziwiać widoków, to w miłym towarzystwie zawsze szybko mija czas. Po dwóch godzinach wysiadamy na dworcu głównym w Zgorzelcu.

Pierwsze kroki kierujemy na wygasły wulkan, czyli Landeskronę. To jeden z niezrealizowanych  punktów programu wyjazdu sprzed roku. Pod szczyt podjeżdżamy tramwajem, linii 2. Dalej idziemy na piechotę. Jest pochmurno i wietrznie, więc niektórzy mają trochę obaw i są zniechęceni. Na szczęście na szczycie humory się nieco poprawiają. Prawie wszyscy weszli na znajdującą się tam wieżę widokową. Piękny widok, na zielone, grudniowe pola, czerwone dachy miasta i stalową toń jeziora w dawnej odkrywce są dobrą nagrodą za trudy wspinaczki.

Droga na szczyt zajęła nam znacznie mniej czasu niż planowałem, więc po dojechaniu do centrum zarządzam czas wolny. Panie ochoczo ruszyły w kierunku sklepów, a ja razem z grupą panów udałem się na wycieczkę śladami Honeckera. Udaliśmy się na blokowisko, z czasów NRD. Niby zwykłe bloki, ale jesteśmy pod wrażeniem. Wszystko wzorowo utrzymane, pomimo upływu lat nie widać większych zniszczeń. Nawet termomodernizacje, tak zohydzające nasze blokowiska, trzymają tutaj wysoki poziom. Jednolity kolor elewacji, urozmaicony kontrastującymi wstawkami w różnych kolorach.

W południe spotykamy się znów w centrum na placu Demiani. Udajemy się do Muzeum Śląskiego. Czytałem o nim kiedyś w gazecie, że warto odwiedzić, bo prezentuje historię Śląska w przekrojowej, bardzo przystępnej formie. Placówka mieści się przy Starym Rynku, w najstarszej renesansowej kamienicy. Dostaliśmy specjalne audioprzewodniki po polsku. Trochę czasu zajęło, zanim doszliśmy do tego jak je obsługiwać. W końcu udało się, było to nawet proste. Wystawa rzeczywiście przygotowana z dużym pietyzmem. Opisy po polsku i niemiecku, więc nawet bez głosu ze słuchawki możemy bez trudu wszystko zrozumieć. Po dokładnym obejrzeniu kilku sal ekspozycyjnych, przychodzi znużenie. Jak się okazuje sal jest bardzo dużo. Każdy kto chce obejrzeć dokładnie całą placówkę powinien wybrać sobie któryś z okresów i poświęcić się tylko temu.

Po półtorej godzinie spędzonej w tym rozległym muzeum przyszedł czas na rozprostowanie kości. Udajemy się kierunku dworca głównego. Ucieka nam tramwaj, wiec szybkim krokiem idziemy na piechotę. Przychodzimy w sam raz, aby zdążyć na pociąg z Chociebuża do Żytawy. Jedziemy krótko, bo tylko 10 minut, ale nie ominęła nas kontrola. Zacząłem coś mówić po niemiecku, ale przerwał mi konduktor, jak się okazało Polak. Wysiadamy w Hagenwerder, tutaj mamy godzinę na obejrzenie śladów pogórniczych. Wielki kombajn służący do wybierania węgla brunatnego oraz jezioro zlokalizowane na dnie dawnej odkrywki. Kiedy patrzyliśmy na ten akwen wodny z góry, wydawało się, że jest to naturalny obiekt, z bliska widać, że to efekt działalności ludzkiej. Piaszczysto – żwirowe nierówne podłoże, młode drzewa. Niemniej jednak miejsce dość ciekawe, szczególnie, że można podziwiać rozległe panoramy na Pogórze Żytawskie i rysującą się na przeciwległym krańcu Landeskronę. Wszystko skąpane w promieniach zachodzącego słońca. Ładnie.

Atrakcji tego dnia było już w bród, więc i żołądek zaczął  dopominać się o swoją codzienną dawkę jedzenia. Mieliśmy już upatrzony lokal, po stronie polskiej, opodal Mostu Staromiejskiego. Niby blisko granicy, ale ceny wyraźnie niskie, akurat na naszą kieszeń. W ładnych, wnętrzach spędzamy miło czas. Gwarzymy, rozmawiamy, wspominamy. Jest tak miło, że niektórzy zastosowali nawet niecny fortel aby tu wrócić! Jeden z uczestników zostawił tu plecak, że niby przez przypadek, ale wiemy co to za przypadki! Pomiędzy Starym a Górnym Rynkiem odegrana została nawet scenka pt.: „O jejku, gdzie jest mój plecak?!”. Groźny wzrok załatwił wszystko – „Zaraz wracam!”. Na szczęście w miejscu, gdzie się zatrzymaliśmy był interesujący sklep z książkami i innymi materiałami dla wypędzonych.

Wycieczkę kończymy szybką podróżą wygodnym szynobusem do Wrocławia. W Zgorzelcu robię jeszcze akcję sprzedaży biletów grupowych. Mamy ich za dużo, bo i tak miało nas być mniej, a po drugie jeden z niedoszłych uczestników obudził się ostatniego dnia, że ma nieważny paszport. Wycieczka niby sztampowa, bo już któryś raz do Zgorzelca, ale w sumie za każdym razem dzieje się coś wyjątkowego!

(JT)


Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

piątek, 11 listopada 2011

Imieniny ulicy Św. Marcin (wycieczka 42)

O godzinie 6:50 cała ekipa Koła Turystycznego zebrała się przed dworcem tymczasowym we Wrocławiu. Udaliśmy się na peron i wsiedliśmy do pociągu pełni entuzjazmu i energii pomimo tak wczesnej pory dnia. W pociągu oczywiście było bardzo wesoło i około trzygodzinna trasa minęła nam wyjątkowo szybko. Wysiedliśmy na Dworcu Głównym w Poznaniu i udaliśmy się w stronę Starego Miasta, aby zdążyć na pokaz poznańskich koziołków. W międzyczasie, 11.11.11 o godzinie 11:11, wszyscy podskoczyliśmy, aby uczcić tę magiczną datę.


Gdy wkroczyliśmy głębiej w ulice Poznania powitały nas fanfary. Wystrzeliła armata pełna kolorowych papierków w barwach narodowych.  Było to dość zaskakujące. Zauważyliśmy też, że  trwają przygotowania do defilady wojskowej. Tu nastąpił podział. Część z nas pozostała, aby podziwiać żołnierzy, a pozostali poszli na pokaz koziołków. Ja osobiście wybrałam pierwszą opcję.  Najbardziej zachwycili mnie ułani.

Spotkaliśmy się pod fontanną na Starym Mieście. Obejrzeliśmy Rynek. Następnie udaliśmy się w stronę ulicy święty Marcin, na której miały odbywać się główne uroczystości z okazji święta tej właśnie ulicy.  Był bardzo duży tłok, chyba każdy chciał skosztować tradycyjnych rogali świętomarcińskich. Obejrzeliśmy część pochodu pełnego różnych interesujących stworzeń i tancerzy.

Weszliśmy do muzeum. Wystawa poświęcona była pierwszemu w PRL strajkowi generalnemu (demonstracje uliczne itd.). Największym zainteresowaniem cieszył się tramwaj,  w którym wyświetlano film. Ciekawa była też sala sądowa, cela więzienna, sala konferencyjna … Ogólnie w Muzeum można było wszystkiego dotknąć, wszystko zbadać. Poczuliśmy ten klimat, a to najważniejsze. Myślę, że naprawdę warto było tam pójść. Zwłaszcza w dniu Święta Niepodległości!

W końcu, po wyczerpującym zwiedzaniu i długiej wędrówce po Poznaniu, zgłodnieliśmy, więc udaliśmy się w stronę pizzerii, gdzie planowaliśmy zjeść obiad. Po drodze rzuciliśmy okiem na średniowieczny Zamek Królów Polski, który był w budowie, więc nie mogliśmy go zwiedzić. Wstąpiliśmy też do pięknego, barokowego kościoła jezuitów.

11.11.11 (o godzinie 16,ale to już inna historia), na ulicy Paderewskiego 11 wstąpiliśmy do pizzerii, aby zjeść obiad za 11 złotych. Dla przypomnienia – Ignacy Jan Paderewski to w skrócie wybitny polski pianista, kompozytor, polityk, premier Polski, działacz niepodległościowy, profesor konserwatorium w Warszawie, związany był z Poznaniem.  Oczekując na zamówione danie było dużo śmiechu, zabawy i podsumowywania bardzo udanego dnia.

Niestety wszystko co dobre, ma swój koniec. Dotarliśmy na dworzec i wsiedliśmy do pociągu ok.18.50. Droga powrotna zleciała nam równie szybko, jak poprzednio. Pan Taczyński i starsi uczniowie zaczęli wspominać wszystkie poprzednie wycieczki Koła Turystycznego, a my słuchaliśmy z zapartym tchem. Mamy nadzieję, że za parę lat, to o nas będą krążyć legendy. Do Wrocławia dotarliśmy ok. godziny 23. Pożegnaliśmy się i już nie możemy się doczekać kolejnej wycieczki!


 Magdalena Łukowiak, klasa IIIE


Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

piątek, 14 października 2011

Krośnice (wycieczka 41)

Dnia 12.10.2011r klasa 3c (i kilka osób z innych klas) zebrała się na przystanku tramwajowym Dworzec Nadodrze. Niektórzy mieli problemy z trafieniem, bo przecież to totalne odludzie! Ja natomiast bardzo lubię wycieczki rozpoczynające się na tym dworcu. Zbiórka była, o ile dobrze pamiętam, o 7.20, a ja wstałam ok 7.00. Prawie się spóźniłam, bo tak to zwykle jest z tymi, którzy mieszkają najbliżej. Podróż pociągiem nie trwała długo. To była moja pierwsza wycieczka i jak widać nie ostatnia. Zostałam na dłużej, czyli musiało mi się spodobać. 


W planach była 3 dniowa wyprawa do Krośnic, w okolice Milicza. Gdy dotarliśmy na miejsce z ulgą rzuciliśmy się na łóżka. Byliśmy zmęczenie nie przejazdem pociągiem, ale marszem z dość daleko położonej od ośrodka stacja kolejowej. Jednak nie było nam dane długo w nich poleżeć, gdyż pan Taczyński zarządził zbiórkę za 10 minut. Ociągając się zeszliśmy na dół. Okazało się, że czeka na nas autokar oraz pan przewodnik. Wsiedliśmy, zajęliśmy swoje wymarzone miejsca (owszem, nie obyło się bez bitwy o „tył”) i ruszyliśmy.

Naszym celem było poznanie piękna przyrody otaczającego nas terenu – Doliny Baryczy. Pierwszym przystankiem była widokowa  Wieża Ptaków Niebieskich w Grabownicy. Otrzymaliśmy lornetki i kilka niezbędnych informacji. Pan przewodnik pytał nas o podstawowe rzeczy i sama się zdziwiłam, że na tak wiele pytań z tematu ochrony ptaków i przyrody potrafię odpowiedzieć. Było dość zimno, więc pan Taczyński podzielił się z nami herbatką z termosu. Wtedy zaczęłam odkrywać pewne tradycje wycieczkowe, ale o tym kiedy indziej. Wdrapaliśmy się na wieżę i mogliśmy zaobserwować wiele ciekawych okazów ptaków latających nad cudownym stawem. Odkryłam, że stawy, pomimo, że są sztuczne, potrafią być na prawdę piękne.


Kolejnym przystankiem były już właściwe Stawy Milickie. Jakbyśmy byli mało zmęczeni, Pan Jan wybrał dłuższą opcję spaceru, czyli ok. 11 km. Było jednak warto. Szłam z przodu, więc miałam pewne bonusy. Np. pan przewodnik pokazał mi startującego orła bielika, co wydało mi się szalenie interesujące, więc zaczęłam się wypytywać o inne ptaki i ich zwyczaje. Prowadząc taką miłą pogawędkę nie zauważałam zmęczenia. Usłyszeliśmy także startujące gęsi i wiele innych gatunków ptaków w ciekawych sytuacjach. Okolica była naprawdę piękna, bardzo lubię takie tereny.


Dowlekliśmy się wreszcie do autokaru, ale nie był to koniec wyprawy. Zatrzymaliśmy się również w Ostoi Konika Polskiego pod Miliczem. Było to ukochane miejsce naszego pana przewodnika, mógłby o nim opowiadać godzinami. Znajdowały się tam jego konie, koniki polskie – jest to polska rasa konia w typie kuca, długowiecznego, odpornego na choroby i trudne warunki utrzymania. Ich przodkami były tarpany, które niestety już wyginęły. Dlatego należy dbać o ten gatunek, aby nie spotkał go ten sam los. Bardzo rzadko stwarza się im naturalne warunki do życia, dlatego to miejsce było wyjątkowe. Dzikusy powitały nas bardzo serdecznie, a ja zaprzyjaźniłam się z Kreską, która chciała zjeść mój rękaw.


Kiedy dotarliśmy do ośrodka usłyszeliśmy dwie radosne wiadomości. Pierwsza z nich była taka, że niedaleko jest.. SKLEP!  I można się tam nieźle zaopatrzyć w słodycze! A drugą, jeszcze lepszą, że za pół godziny obiad! Udaliśmy się do Piano Baru, gdzie zjedliśmy upragniony posiłek. Następnie zahaczyliśmy o sklep. Wróciliśmy do ośrodka i mieliśmy upragnioną godzinę sjesty.


Była to wycieczka edukacyjna, więc następnym punktem programu były zajęcia przyrodnicze. Pani i jej pies (nie pamiętam jak się nazywał L), zabrali nas na spacer po parku. Poznaliśmy gatunki drzew i krzewów. Nasze wiecznie głodne pokolenie ucieszyło się, że można spróbować … cisu. Pani Przewodnik, wbrew obiegowej opinii o trujących właściwościach jagód tego iglaka, twierdziła, że wystarczy wydłubać nasionko, a „to czerwone” można zjeść. My z Panem Taczyńskim jednak patrzyliśmy podejrzliwie na osoby, którym bardzo smakowało. Później wydarzyła się jeszcze ciekawsza rzecz. Podeszliśmy do dużego drzewa z szarą korą. Zrobiło na mnie wrażenie samotnika, mojej bratniej duszy. Jak się okazało, był to buk. A orzeszki bukowe są podobno bardzo smaczne. Rzuciliśmy się wszyscy, na czele z Panem Taczyńskim, na owoce owego drzewa. Panu orzeszki tak bardzo zasmakowały, że kiedy po powrocie do ośrodka doszczętnie opróżnił kieszenie, chodził i przekupywał nas na różne sposoby, abyśmy odstąpili choć trochę. Byliśmy jednak twardzi i nie daliśmy się, bo nam też smakowały.


Wieczorem udaliśmy się do sali konferencyjnej, w której mieliśmy zajęcia praktyczne. Musieliśmy wymienić cechy drzewa (ooooorzeszki …) . Oraz zrobić pracę plastyczną za pomocą liści, które wcześniej zebraliśmy. Późnym wieczorem mieliśmy seans filmowy o przyrodzie Doliny Baryczy. Był to bardzo interesujący film, który podsumowywał nasze wędrówki.


Następnego dnia obudziliśmy się wcześnie rano i poszliśmy na śniadanie. Pogoda dopisywała, mogliśmy się tylko cieszyć. Musieliśmy się solidnie najeść, gdyż czekała nas kolejna długa wędrówka. Nie pamiętam ile kilometrów zrobiliśmy tym razem, ale pamiętam, że byłam potem zmęczona, choć to może też być wina przedawkowania orzeszków. Podziwialiśmy tym razem krajobrazy Stawów Krośnickich. Pan przewodnik opowiadał o hodowaniu ryb, ciekawych ptakach i owadach mieszkających na tych terenach. Pamiętam też, że dyskutowaliśmy o konikach polskich, ale dalej mam przysłowiową dziurę w mózgu. Czyżby znowu bucze orzeszki? Zmęczeni wróciliśmy prosto na obiad. Potem tradycyjnie już skręciliśmy do sklepu. Godzinna sjesta minęła nam szybko i przyjemnie.


Zrobiło się trochę zamieszania gdy Pan Taczyński zgubił klucze do swojego pokoju. Ale ja, detektyw Łukowiak na tropie, znalazłam je. Mogliśmy zatem wyjść na zajęcia terenowe. Tym razem odbywały się one w muzeum minerałów i geologii przy ośrodku. A tak na marginesie, to dowiedziałam się, że spaliśmy w dawnym szpitalu psychiatrycznym, co choć trochę tłumaczyłoby nasze dziwne zachowania i przygody …


Po kolacji wyszliśmy na orlika znajdującego się nieopodal Piano Baru. Graliśmy w piłkę nożną. Pasjonujący mecz, a gracze, pomimo tego że zaczął padać deszcz bardzo się poświęcali. Po powrocie do ośrodka mieliśmy jeszcze zajęcia w sali konferencyjnej. Był to quiz „Jaka to melodia?” zorganizowany przez kilku uczniów. Rywalizacja była bardzo zacięta.


Ostatni dzień  to 14 października, czyli jak wiadomo Dzień Nauczyciela. Ja i Kuba przygotowaliśmy dla Pana Taczyńskiego prezent – orzeszki. Wszystkiego najlepszego i smacznego! Rano spakowaliśmy się i oddaliśmy nasze bagaże do przechowalni. Udaliśmy się na … zajęcia terenowe. Tym razem uczyliśmy się określać wiek drzewa i jego wysokość. Spacerowaliśmy także po Krośnicach. Mieliśmy pracę w grupach, rysowaliśmy plakaty i odpowiadaliśmy na pytania dotyczące ochrony przyrody.


Ponieważ zostało nam jeszcze dużo czasu do pociągu powrotnego, pan Taczyński zorganizował grę terenową. Podzieleni zostaliśmy na grupy. Każda z nich musiała wysłuchać skomplikowanej zagadki,  o dobrze znanym miejscu w Krośnicach. W miejscach tych czekały na nas zadania, które następnie musieliśmy wspólnie rozwiązać. Pytania dotyczyły tego, czego uczyliśmy się przez ostatnie 3 dni. Mieliśmy także do narysowania plan boisk, czyli naszego ulubionego orlika. Gdy wszystkie grupy skończyły, nauczyciele zajęli się sprawdzaniem prac i podsumowywaniem, a my na orliku graliśmy w siatkówkę i koszykówkę.


Nastąpiło podsumowywanie wyjazdu. Za dobrą pracę otrzymywaliśmy oceny i nagrody, np. mapy okolicy (moja bardzo przydała się podczas pisania sprawozdania :D). Wieczorem wróciliśmy do Wrocławia wzbogaceni o nową, interesującą i przydatną wiedzę, nowe doświadczenia i w dobrych humorach.


Magdalena Łukowiak, klasa III E

Dofinansowanie i organizator wyjazdu

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

piątek, 5 sierpnia 2011

Północny skraj Polski

Kliknij i wróć do spisu treści!
Gdy jedziemy nad Bałtyk spodziewamy się zimnej wody, plaży pełnej ludzi i brudu. Do tego dochodzi jeszcze kapryśna pogoda i niesmaczne jedzenie. Tak przynajmniej narzeka większa część społeczeństwa, a przynajmniej ta bardziej zgryźliwa, z którą mam do czynienia stanowczo za często! 

Cóż jednak począć, kiedy zamiast plaży naszym oczom  ukażą się ... góry? No może nie do końca góry, a bardziej geograficznie rzecz ujmując wybrzeże klifowe!   

Całkiem niedawno Urząd Morski w Gdyni wyznaczył nowy północny skraj Polski, zabierając je z nieodległego Rozewia. O tym fakcie informuje specjalny głaz. Dodatkowo możemy wybrać się na spacer Lisim Jarem, w którym lądował swego czasu Zygmunt III Waza, w drodze po polską koronę. Możemy też pooglądać wspaniałe widoki z Latarni Morskiej Rozewie. Zaręczam, że w w "najpółnocniejszym" punkcie Polski znajduje się wiele atrakcji! 


GDZIE? 
Jastrzębia Góra 
54°49′53″N 18°18′46″E



JAK DOJECHAĆ? 
Pociągiem do Władysławowa (rozkład jazdy: www.rozklad-pkp.pl), stamtąd pieszo (np.: plażą) lub autobusem - ok. 8 km.


Więcej zdjęć:

wtorek, 2 sierpnia 2011

Oświęcim (II wyprawa wakacyjna, cz. 3)


W dniu 2 sierpnia 2011 roku polsko niemiecka grupa młodzieży udała się pociągiem z Bielska-Białej do Oświęcimia. Znajduje się tam dawny niemiecki, nazistowski obóz koncentracyjny. Odwiedzenie tego obozu było głównym celem naszej ośmiodniowej wymiany, która przebiegała pod hasłem „Przyszłość potrzebuje przeszłości”.   

Wyjazd poprzedziło popołudniowe spotkanie, podczas którego pracowaliśmy nad opracowaniem zagadnienia uprzedzeń międzyrasowych, negatywnych stereotypów i innych. Chcieliśmy lepiej zrozumieć trudne karty w dziejach narodów, nierozerwalnie związane z obozem „Auschwitz-Birkenau”. Popołudniową pracę zakończyła wspólna modlitwa w kaplicy domu „Betania”, poprowadzona przez towarzyszącego naszej grupie ks. Michaela Vogta z Dortmundu.

Przed wejściem do obozu spotkaliśmy się z naszymi przewodniczkami, jedna oprowadzała grupę niemiecką druga polską. Ogólny gwar i ruch towarzyszący nam w pawilonie wejściowym szybko ustąpił miejsca ciszy i zadumie, kiedy znaleźliśmy się za bramą obozową, za ogrodzeniem z drutu kolczastego. Słychać było tylko stąpanie butów i rzeczowy głos przewodniczek, które ze spokojem i opanowaniem opowiadały całą trudną historię tego miejsca. Widzieliśmy tysiące walizek, butów, protez i innych przedmiotów odebranych osobom przeznaczonych na śmierć w komorze gazowej. Nie było chyba osoby, której nie poruszyły by fotografie dzieci, więźniów obozu. Uświadomiliśmy sobie jak okrutni mogą być ludzie dla innych.

Wychodząc z obozu w Brzezince, do którego jeszcze podjechaliśmy, przez dłuższą chwilę szliśmy w zupełnym milczeniu. Nawet posiłek, który czekał na nas w dworcowej restauracji nie smakował nam jak zawsze. Po podróży pociągiem do Czechowic-Dziedzic i autobusem, późnym wieczorem wróciliśmy do Bielska-Białej. Była to bardzo pouczająca wyprawa.

Podsumowaniem tego wyjazdu, jak i całej nasze j wymiany były zajęcia pożegnalne, które odbyły się pod hasłem „Pokój na Ziemi”. Wizyta w Oświęcimiu uświadomiła nam, jak ważny jest pokój, jak wiele zła niesie za sobą wojna.

Martyna Piwowar

sobota, 30 lipca 2011

Żywiec (II wyprawa wakacyjna, cz. 2)

W dniu 30 lipca 2011 roku podczas trzeciego dnia pobytu na wymianie polsko-niemieckiej w Bielsku-Białej udaliśmy się na wycieczkę do Żywca. Jest to mała miejscowość położona w województwie śląskim. Choć niewielka szczyci się wielką historią i ma wiele atrakcji turystycznych.

Ze stacji, ruszyliśmy pieszo w stronę Muzeum Browaru Arcyksiążęcego. O tym, że zbliżamy sie do celu świadczyły wielkie place spedycyjne, po brzegi wypełnione charakterystycznymi, czerwonymi skrzynkami na piwo.  Na miejscu przewodniczka opowiedziała nam jak dawniej robiono piwo, pokazała nam stare urządzenia, które były potrzebne do produkcji tego napoju. W tym muzeum mogliśmy się „przenieść w czasie” do dawnych lat i zobaczyć jak wyglądały kiedyś karczma, piwiarnia z lat 30 XX wieku, czy bary z okresu PRL-u. 

Po wycieczce w muzeum udaliśmy się na obiad do pobliskiej restauracji. Tu również mogliśmy zakosztować atmosfery z minionych lat, tym razem z okresu kiedy założono browar, czyli połowy XIX wieku. Portret cesarza Franciszka Józefa, czy zabytkowe kufle tworzyły

Posileni obiadem pojechaliśmy miejskim autobusem na rynek, gdzie mieliśmy czas wolny. Chwilkę pochodziliśmy po głównym pllacu miasta, gdzie akurat rozlokował sie jarmark związany 48 Tygodniem Kultury Beskidzkiej. Oglądaliśmy góralskie rękodzieło i kosztowaliśmy regionalnych specjałów. W drodze powrotnej na stację kolejową zwiedziliśmy ważniejsze zabytki miasta – konkatedrę z kaplicą rodową Habsburgów, Stary i Nowy Zamek, czy park zamkowy.

Przechodząc przez most na Sole byliśmy świadkami niecodziennego wydarzenia. Czwórka chłopaków na materacu płynęła w kierunku stopnia wodnego, z którego spadała w dół. Nasi niemieccy przyjaciele byli trochę zdziwieni taką formą rozrywki, ale dobrze się bawili i kibicowali pływakom. 

Po tym niecodziennym akcencie udaliśmy się na pociąg powrotny do Bielska- Białej. Gdy wróciliśmy czekała na nas kolacja, po której udaliśmy się na różne gry i zabawy. Dzień zaliczam do bardzo udanych!

Martyna Piwowar


Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

czwartek, 28 lipca 2011

Bielsko-Biała (II wyprawa wakacyjna, cz.1)

W dniu 28 lipca 2011 roku wyjechaliśmy spod dworca głównego we Wrocławiu do Bielska Białej na siedmiodniową, polsko - niemiecką wymianę młodzieży. Organizatorem  wyjazdu była Wrocławską - Dortmundzka Fundacja im. Świętej Jadwigi. W wymianie wzięło udział 19 osób - 10 osób z grupy niemieckiej i 9 osób z grupy polskiej.


My, czyli grupa polska, jechaliśmy pociągiem z przesiadką w Katowicach. W czasie drogi najwięcej emocji wzbudził przejazd przez groblę na Stawie Maciek w Goczałkowicach Zdroju. Po przyjeździe do Bielska-Białej ruszyliśmy do miejskiego autobusu, który zawiózł nas do ośrodka „Betania”, znajdującego się w pięknie położonej, podgórskiej części miasta, Wapiennicy. 



Chwilę po naszym zakwaterowaniu, dołączyła do nas grupa niemiecka, która po całonocnej, męczącej podróży autobusem dotarła pod bramę ośrodka Betania z samego Dortmundu. Po zapoznaniu udaliśmy się na obiad. Zasiedliśmy przy długim stole, który, jak się później okazało miał się stać świadkiem wielu wspólnych rozmów. Pierwsze popołudnie spędziliśmy na różnych zabawach i grach integracyjnych. Pogoda nie dopisywała, dlatego bawiliśmy się w budynku. Po kolacji, zmęczeni Niemcy udali się na spoczynek, natomiast my poszliśmy na  spacer. 



Kolejny dzień przywitał nas chmurami, które przelewały się przez stoki gór, widoczne z okien ośrodka. Zaopatrzeni w parasole i kurtki przeciwdeszczowe udaliśmy się na przystanek autobusowy, który zawiózł nas w kierunku centrum, do Studia Filmów Rysunkowych. W starym, dziewiętnastowiecznym, budynku mieści się wytwórnia bajkowego świata dzieciństwa. Mieliśmy okazję poznać miejsca gdzie powstawały znane każdemu dziecku postacie – Reksio, Bolek i Lolek czy Koziołek Matołek.

Wewnątrz budynku czas zatrzymał się w latach 70. minionego wieku. Weszliśmy do sali nagrań. Charakterystyczne meble, trzeszczące siedzenia, czy okrągłe kinkiety, wiernie oddawały klimat dawnego kina studyjnego. Nasi niemieccy towarzysze z pewnym zdziwieniem patrzyli się na to wszystko. Pewnie zastanawiali się, czy w tym „muzeum” może powstać film. Rozpoczął się wykład pracownika Studia. Jego ekspresyjna opowieść uświadomiła wszystkim, że w kreowaniu bajkowego świata najważniejsza jest nie technika, ale wyobraźnia. Przykładowo, kiedy zamknęliśmy oczy usłyszeliśmy człowieka idącego po śniegu, a kiedy je otworzyliśmy zobaczyliśmy najzwyklejszy w świecie worek wypełniony mąką ziemniaczaną! Takich przykładów było znacznie więcej. Współczesne studio animacyjne, nie mogło by funkcjonować bez komputerów. To co dawniej wykonywał sztab ludzi, plastyków, kreślarzy, fotografów, dziś wykonuje maszyna. Trzeba przyznać, że te cyfrowe metody pracy nie wzbudziły już takiego zainteresowania. Nie miały w sobie duszy. Wizytę w SFR zakończyła projekcja najciekawszych bajek i pamiątkowe zdjęcie z Bolkiem i Lolkiem.



Popołudnie spędziliśmy w centrum miasta, a właściwie w centrach miast. Mogliśmy porównać małopolską Białą i śląskie Bielsko. Obejrzeliśmy najważniejsze zabytki – Zamek Książąt Sułkowskich, konkatedrę Świętego Mikołaja, ratusz nad rzeką Białą. Najwięcej czasu spędziliśmy w wielkim centrum handlowym, gdzie mieliśmy wyznaczony czas na samodzielny posiłek i ewentualne zakupy. Na wspólnych rozmowach i konsumpcji, czas szybko zleciał. Już po zachodzie słońca udaliśmy się do autobusy, który zawiózł nas na Wapiennicę.     


Martyna Piwowar

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.




sobota, 11 czerwca 2011

Brzeg Dolny i Wołów (wycieczka 39)

Rozsyłam informację o wycieczce bez większego przekonania. Po tak licznych, w tym roku, krachach różnych wyjazdowych projektów, straciłem zapał. Nie mniej jednak wypada podsumować rok szkolny i zakończyć go wyjazdem! Kierunek wybrany nie przypadkowo. Od dłuższego czasu mam ochotę odwiedzić Brzeg Dolny, żeby przepłynąć się promem i Wołów, bo to jedyne miasto aglomeracji wrocławskiej, w którym jeszcze nie byłem. 

Kupiłem bilet w nowootwartej kasie Przewozów Regionalnych w bloku nad którym znajduje się neon „Dobry Wieczór we Wrocławiu". Kasa działa dopiero od dwóch dni i niewiele osób jeszcze o niej wie. Kasjerka wita mnie z nieskrywaną radością. "Pierwszy klient" - brzmi dumnie! Przed dworcem tymczasowym czeka już Ewa, później dołączają do nas Grzegorz i Kamil. Nie spodziewamy się nikogo więcej, więc niezwłocznie idziemy na peron.
 
Droga krótka, ale emocjonująca. Wypatrujemy nowych obiektów – tzn. Stadionu Miejskiego, Mostu Rędzińskiego i obwodnicy autostradowej. Wszystko w budowie, ale wyłaniające się betonowe kształty robią imponujące wrażenie. Wrocław się zmienia.

Wysiadamy na niewielkiej stacyjce w Księginicach. Czeka nas teraz 7 kilometrowy spacer do Brzegu Dolnego na ... stację kolejową. Kierujemy się w stronę zabudowań stopnia wodnego w Wałach. Po krótkim spacerze dochodzimy do Odry. Rzeka będzie nam towarzyszyć na dłuższym odcinku. Nie przeraża nas tabliczka „Wstęp wzbroniony". Najpierw dochodzimy do śluzy, przez dłuższą chwilę przyglądamy się śluzowaniu niewielkiej motorówki. Później idziemy w kierunku jazu. Przyglądamy się potężnym łańcuchom regulującym położenie przegród. Ostatecznie dochodzimy do budynku elektrowni wodnej i wracamy na prawy brzeg Odry.

Przeprawa promowa, ukazuje nam się dość niespodziewanie. Tak zapamiętaliśmy się w naszym marszu wałem przeciwpowodziowym, że dopiero po dłuższej chwili dostrzegłem, że można skrócić sobie drogę idąc przez łąkę polderu zalewowego. W ten sposób oszczędziliśmy trochę sił i przyspieszyliśmy odpoczynek na przystani. Prom jest z drugiej strony rzeki. Po obu stronach czekają ludzie i samochody, ale nigdzie nie widać obsługi. Po około 20 minutach wychodzą z niewielkiego domku i zaczyna się operacja „Drugi brzeg". W końcu i my mogliśmy zająć miejsce na pokładzie i przepłynąć na drugą stronę. Bardzo ciekawe doświadczenie. Być może, w niedalekiej przyszłości, prom przejdzie do lamusa, za sprawą budowy nowego mostu.

Obejrzeliśmy co się dało w Brzegu Dolny, ale nie mamy czasu przyglądać się dokładniej. Za chwilę odjedzie pociąg do Wołowa. Musimy na niego zdążyć. Udało się i po chwili jesteśmy już w kolejnym mieście. Funkcję przewodnika przejmuje Grzesiu. Wspomina i opowiada różne historyjki. Wie wiele o Wołowie, bo mieszka tu jego rodzina. Jesteśmy prowadzeni od fary przez Zamek Piastowski i pomnik odrzutowca Hermaszewskiego na Rynek. Podeszliśmy też pod bank, gdzie w latach 60 ubiegłego wieku dokonano śmiałego napadu. Dłuższy odpoczynek fundujemy sobie na skwerze obok murów miejskich i pomnika wołów. Popijamy zakupione przed chwilą mleko smakowe. Jesteśmy chyba najlepszym dowodem na działanie siły reklamy. Nie mieliśmy zamiaru kupować tego produktu, ale skusiła nas promocja w jednym z tutejszych samów spożywczych.

Tradycyjnie męczącą wędrówkę kończymy obiadem. Po konsultacjach telefonicznych z rodziną Grzesiu, zarządza ponowny przemarsz pod samolot Hermaszewskiego, do pizzeri. Siedliśmy na dworze. Kątem oka obserwujemy odrzutowiec i życie mieszkańców. Rozmawiamy, jest miło. Na koniec pobytu w Wołowie idziemy jeszcze do Wujka Grzesia, po produkty z ogródka. Mamy mało czasu, więc rozmowa się nie klei. Po chwili się żegnamy i kierujemy na dworzec kolejowy.

Tak dobiegła końca ostatnia w tym roku szkolnym wyprawa. Dzięki niej miałem okazje poznać malowniczą Dolinę Odry na północny-wschód od Wrocławia a także zabytki Wołowa. Pozostaje mi mieć nadzieję, że w przyszłym roku spotkamy się znów w drodze ...

(JT)

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.
ekcyjne

niedziela, 8 maja 2011

Lichków i Kraliki (wycieczka 38)

Znów piękny poranek. Zegar na dworcowym wyświetlaczu wskazuje godzinę 4.40. Wycieczki w tym roku szkolnym rozpoczynają się zdecydowanie za wcześnie! Ale nie ma innego wyjścia, jeśli chce się coś zobaczyć to trzeba wcześnie wstać. Tym razem naszym celem jest rejon umocnień czechosłowackich w okolicach Kralików, na południe od Międzylesia. Długą drogę przeznaczyliśmy na odsypianie zarwanej nocy, albo podziwianie widoków. Wschodzące słońce oświetlało pole w okolicach Wrocławia, wzniesienia w okolicach Strzelina, wieżę bazyliki w Bardzie, czy wiekowe mury twierdzy w Kłodzku. W końcu wizyta czeskiej konduktorki uświadomiła nam, że jesteśmy już blisko celu.

W Lichkowie mieliśmy nieco ponad godzinę na przesiadkę. Czas postanowiliśmy wykorzystać na wycieczkę do pierwszego bunkra. Drogę odnaleźliśmy bez trudu. Umocnienia rzeczywiście nie robiły wielkiego wrażenia. Betonowy bunkier i towarzyszące mu ziemne nasypy miały za zadanie chronić szosę i linię kolejową z Lichkowa do Letogradu.. Niestety, pomimo zachowania wszelkich środków ostrożności, nasz dowódca – p. Taczyński nadział się na zaporę przeciwpiechotną. Na szczęście obyło się tylko na strachu.

Znów wsiedliśmy do pociągu, ale tylko na chwilę, by po przejechaniu kilku kilometrów wysiąść na stacji w Średniej Lipce. Przed nami większy kompleks fortyfikacji, składający się z trzech bunkrów. Dwa z nich powinny być otwarte, gdyż pełnią rolę muzeum. Niestety, jak to zwykle bywa, były zamknięte. Postanowiliśmy odszukać najmniejszy bunkier, znajdujący się w szczerym polu. Doszliśmy do niego na przełaj. Po rozpoznaniu terenu, okazało się, że  można wejść do środka, a wewnątrz podziwiać mikroszatę naciekową. Jak w jaskini!

Zmęczyła nas zabawa w wojsko. Po krótkiej przemowie dowódcy, który podziękował nam za męstwo i gratulował odwagi ruszyliśmy dalej. Nie była potrzebna mapa. Obraliśmy za cel wieże sanktuarium w Kralikach i szliśmy na przełaj przez zielone łąki. Po drodze mogliśmy wdrapać się na szczyt wysokiej, ażurowej wieży widokowej. Konstrukcja choć trwała, wydawała się mocno zdradliwa, za sprawą prześwitujących krat w podłodze.

W końcu dotarliśmy do Kralików. Jest to najbardziej katolicki region Czech, więc nie powinien dziwić fakt, że właśnie tutaj znajduje się jedno ważniejszych sanktuariów w kraju. Odwiedziliśmy tutejszą kaplicę Świętych Schodów. Obejrzeliśmy wystawę figur i obrazów w wirydażu. Przez chwilę uczyliśmy się tez czeskiego ze śpiewnika, jaki znaleźliśmy w kościele. W kklasztorze panowała cisza i spokój, ale cały czas docierały do nas dźwięki wesołej zabawy. Okazało się, że przed kościołem trwa właśnie festyn strażacki. Oczywiście wzieliśmy w nim udział. 

W końcu zmęczenie zaczęło dawać znać o sobie. Postanowiliśmy udać się na zasłużony obiad. W gospodzie zamówiliśmy pełny dwudaniowy obiad i deser. Musieliśmy nabrać sił, żeby nie paść w drodze powrotnej. Obiad jedliśmy dość długo, ale i tak mieliśmy spory zapas czasu. Nasz opiekun postanowił, że zafunduje nam przejażdżkę. kraliki leżą przy ślepej odnodze lini kolejowej z Dolnej Lipki do Szczytów. Pojechaliśmy do stacji końcowej, skąd bez wysiadania wrócimy do Lichkowa, skąd bezpośrednim pociągiem pojechaliśmy do Wrocławia. na miejsce dotarliśmy około 21.30.

(JT)

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.
ekcyjne

środa, 20 kwietnia 2011

Wrocław na wyspach


Dzisiaj odbył się pierwszy etap kolejnej edycji Wrocławskich Spacerów Krajoznawczych. Pogoda nam sprzyjała. W pięknej, wiosennej scenerii odbyliśmy miły spacer wzdłuż północnego odcinka Odry i systemy kanałów. Co jakiś czas na naszej trasie spotykaliśmy organizatorów, którzy wręczali nam kartę zadań. Mamy nadzieję, że okażemy się nie tylko szybcy, ale i zaskoczymy pozytywnym wynikiem. 

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

VICTOR o tematyce leśnej (edycja III)

18 kwietnia 2011 r. na terenie naszego gimnazjum odbył się finał III Dolnośląskiego Konkursu Nauk Przyrodniczych VICTOR. W tym roku tematyką jego były lasy świata. W konkursie uczestniczyli uczniowie z 19 dolnośląskich gimnazjów. W sumie do finału konkursu przystąpiło 37 uczniów (jeden z uczniów był nieobecny). Konkurs zawierał 42 pytania zamknięte, na które uczestnicy odpowiadali korzystając z pilotów (zestaw TESTICO) i tablicy interaktywnej. 

Uczniowie mieli możliwość wysłuchania i obejrzenia ciekawego występu Zespołu Sygnalistów Myśliwskich przy Zespole Szkół Leśnych w Miliczu oraz zapoznania się z ciekawymi informacjami podczas wykładu pana Michała Śliwińskiego (doktoranta Zakładu Bioróżnorodności i Ochrony Szaty Roślinnej Instytutu Biologii Roślin Uniwersytetu Wrocławskiego) pt.: „Lasy na Dolnym Śląsku – co naprawdę o nich wiemy?” i wykładu pani mgr inż. Joanny Oleszyńskiej – Niżniowskiej z Zespołu Szkół Leśnych w Miliczu pt.: „Lasy w Polsce”. Imprezę uatrakcyjniły także dwie uczennice naszego gimnazjum, które zaśpiewały wybrane przez siebie piosenki. 

Na zakończenie konkursu wręczono najlepszym uczestnikom i drużynom nagrody rzeczowe o łącznej wartości 2100 zł. Fundatorem nagród był Gminny Fundusz Ochrony Środowiska we Wrocławiu. Laureaci trzech pierwszych miejsc indywidualnych otrzymali tzw. „Zestawy obserwatora przyrody”, w skład którego wchodziła m.in. lornetka, kompas, atlas do rozpoznawania gatunków roślin, ptaków i zwierząt. Zwycięzca otrzymał dodatkowo szklaną statuetkę Victora, autorstwa p. Marii Kuleszy, nauczycielki plastyki w naszym gimnazjum. W skład nagród dla drużyny wchodziły m.in. zaproszenia na całodzienny pobyt we Wrocławskim Parku Wodnym i laminowane mapy. Każdy uczeń otrzymał dyplom a opiekunowie pisemne podziękowanie.

(Jadwiga Woźniak)


sobota, 5 marca 2011

Wojnowice i Leśnica (wycieczka 37)

Jest sobota 5 marca 2011 roku. Spotykamy się przed dworcem tymczasowym na ulicy Suchej. Pan Taczyński jest nieco podłamany. Tłumaczy nam, że to pierwsza wycieczka koła turystycznego, jaka się powtarza i to prawie dokładnie po takiej trasie. Nam to jednak nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie z wielką radością udajemy się na peron i zajmujemy miejsca w pociągu, by choć na chwilę wyrwać się z dusznego Wrocławia.

Podróż nie jest długa. Jedziemy do podwrocławskiego Mrozowa, gdzie wysiadamy na ładnie odnowionym peronie. Nasz przewodnik opowiada nam kilka ciekawostek z historii linii Kolei Marchijskiej, wiodącej z Wrocławia do Berlina. Z duży znawstwem opowiada o technicznych szczegółach budowy linii kolejowej, a szczególnie zasad odczytywania odległości z tabliczek na słupach trakcyjnych. Na twarzy ciągle widać jednak przygaszenie. Nic nie jest w stanie go rozpromienić, nawet widok arcyciekawego neogotyckiego pałacu, czy XVII wiecznego kościoła.

Zawitaliśmy na plac zabaw, każdy znalazł coś dla siebie. Huśtawka, koń na sprężynie, drabinka. Dla naszego opiekuna przypadła mała karuzela, którą wprawia się w ruch odpychając się nogą. Niestety w koło było błoto, więc z zabawy nici … Dopiero Grzesiu Smoła znalazł sposób na rozkręcenie naszego Pana. Niezauważony podszedł do karuzeli i sprawnym ruchem ręki wprawił ją w ruch. Pan wyraźnie się ożywił. Zaczął coś mówić, wymachiwać rękami ... Nie mogliśmy zrozumieć o co chodzi. Wystarczyło tylko zeskoczyć … do błota! Dopiero teraz zrozumieliśmy grozę sytuacji. Niestety nic nie dało się zrobić … Karuzela sama musiała wytracić impet. Trwało to dobrych kilka minut. Po tej przygodzie wszystko uległo diametralnej przemianie.

Kiedy weszliśmy do lasu zaczęło towarzyszyć nam wiosenne słońce. Życie nabrało barw. Dowiedzieliśmy się o zalewiskach Odry i lasach łęgowych, wśród których zbudowano we wczesnym średniowieczu obronny zamek. Stanęliśmy w zadumie przed tymi wiekowymi murami. Nasz zachwyt wzbudziła sztuka obronna (podwójny rząd fosy wokół zamku) i sanitarna (niezwykłe toalety, wystające poza obrys murów). Wszystko bardzo nas ciekawiło, dlatego w zachwycie biegaliśmy wokół i robiliśmy zdjęcia.

Każdy szczegół został uwieczniony na zdjęciach, udaliśmy się w kierunku Lasu Mokrzańskiego. Przemierzaliśmy leśne ostępy. Baliśmy się, że za chwilę zza drzewa wyłoni się złowroga paszcza wilka, czy dzika. Z wielką ulgą dostrzegliśmy, że w końcu las się przerzedza. Przed nami była polana, na której stał … autobus miejski, przy przystanku z dumną nazwą „Las Mokrzański”. Genialne, wszystko było tak zaplanowane, żebyśmy mogli podjechać autobusem na Leśnicę!

Autobus mknie ulicą i z gracją omija wszystkie większe i mniejsze dziury. Kierowca to mistrz swojego fachu. Po kilku minutach stajemy przed leśnickim zamkiem. Jesteśmy oczarowani. Wszytko pachnie nowością. Biel ścian, czerwień dachówek i błękit nieba, wszystko jest tak piekne, że aż trudno uwierzyć, że prawdziwe. Wchodzimy do wnętrza i nasze kroki kierujemy do piwnic.  Rozlokowała się tutaj wystawa poświęcona rozwojowi nauki. Nie jest to jednak prawdziwe muzeum. Wszystkiego można dotknąć. Każdy eksponat opowiada inną historię. Każdy sprawia, że jesteśmy mądrzejsi i bardziej wrażliwi na otaczający nas świat.  Niezwykłe miejsce.

Nasyceni wrażeniami natury duchowej, poczuliśmy głód. Niestety nie dane nam było go szybko zaspokoić. Ani na Leśnicy, ani w innym miejscu podczas długiej i męczącej podróży do centrum nie udało nam się odnaleźć pizzeri godnej naszego towarzystwa. Ostatecznie odnaleźliśmy ją opodal naszej szkoły. Wyszło na to, że historia nigdy się nie powtarza, bo być może trasa była podobna, ale jako jedyna wycieczka zakończyła się pod szkołą.   


(JT)

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

Comments System

Disqus Shortname