czwartek, 29 sierpnia 2013

Park Krajobrazowy "Dolina Jezierzycy"

Nie ma sposobu aby w kilku zdaniach opisać tak wyjątkowego miejsca, jakim jest Park Krajobrazowy "Dolina Jezierzycy" nieopodal Wołowa. Wiąże się z nim bardzo wiele moich wspomnień i przygód, ponieważ swego czasu pisałam o nim pracę na Olimpiadę Geograficzną. Ten wpis połączę więc z relacją z pisania, która z pewnością nie będzie ani zwykła, ani nudna. Nie wiem, co ciągnęło mnie w to miejsce, ale była to jakaś magiczna siła mówiąca "tu nie będziesz się nudzić,oj nie!". 


Logo Parku; za: www.dzpk.pl
fot. JT, 2013
Z pozoru niewielki (niecałe 8 tys. hektarów, dla porównania PK Dolina Baryczy zajmuje ok. 80 tys. hektarów), a także mało znany Park Krajobrazowy położony jest na północny-zachód od Wołowa. Ta druga cecha spowodowała, że aby znaleźć jakiekolwiek informacje o historii, geologii itp. tych terenów musiałam zapukać aż do wrót Biblioteki Pedagogicznej w samym Wołowie! Po części udając studenta zostałam zapisana i udostępniono mi cenne materiały. 

Uroczysko Wrzosy; fot. MŁ, 2013
Wydawać by się mogło, że to tylko las. Nic bardziej mylnego. Najciekawszą z atrakcji PK jest rezerwat "Uroczysko Wrzosy". Na jego obrzeżach znajdują się dwa ogromne stawy hodowlane - Staw Górny oraz Dolny. Są one siedliskiem wielu gatunków ptactwa wodnego, które aż proszą się o obserwacje. W samym Parku występuje aż 200 gatunków ptaków! Ponadto utworzono tu dwa obszary chronione "Natura 2000" - Dębniańskie Mokradła oraz Łęgi Odrzańskie. Jest to swoista oaza spokoju, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Na obrzeżach znajdują się wioski o uroczym, polskim klimacie (brukowane ulice, zwierzęta hodowlane). Przez chwilę można się więc poczuć jak w zupełnie innym świecie! Liczna ilość mchów i porostów wskazuje także na małą ilość zanieczyszczeń powietrza, co jest rzadkim zjawiskiem w dzisiejszym świecie.

Najlepszy przyjaciel człowieka; fot. MŁ, 2013
Wracając do relacji z pisania, moja pierwsza wizyta w Parku zakończyła się... krwią. Dosłownie, ponieważ zostałam prawie zjedzona przez komary. Wraz z współautorem tego bloga umówiliśmy się na wyprawę badawczą, jednak nie porozumieliśmy się w kwestii zabrania ze sobą roweru. Dla mnie było więc jasne, że roweru nie zabieramy - skutkiem czego "zwiedzaliśmy" na piechotę. Staliśmy się więc zbyt łatwym celem miliardów wygłodniałych stworzeń. Wybiegliśmy prawie z krzykiem z lasu, a po wydostaniu się na asfalt zaczęliśmy cieszyć się jak dzieci, że zagrożenie minęło. W między czasie odkryliśmy także, że ławeczka koło stawów we Wrzosach ma właściwości przyciągające samochody - kiedy się na niej siedzi, jeżdżą. Kiedy się wstaje - nie ma ani jednego.

Żeby zobaczyć tęczę, trzeba przetrwać deszcz! fot. MŁ
Druga wyprawa do Parku również przebiegała zaskakująco. Po wyjściu z pociągu na stacji w Orzeszkowie (10 km od Wołowa, położona praktycznie w samym sercu Parku) postanowiliśmy przemieścić się w stronę Tarchalic. Na mapie zaznaczona była droga, której nie mogliśmy nigdzie znaleźć. Pojechaliśmy więc przez pole. Po pewnym momencie zrobiło się to uciążliwe, gdyż chaszcze i grząska ziemia nieco utrudniają jazdę na rowerze. Prowadząc rowery zobaczyliśmy jakiegoś jadącego pana. Okazało się, że równolegle do naszej mordęgi biegła sobie niewinnie polna, utwardzona droga. Ale...jak to?! Ponadto przemokliśmy do suchej nitki tuż przed końcem wyprawy (peron w Wołowie), a potem naszym oczom ukazała się piękna tęcza.

Krzydlina; fot. MŁ, 2013
Trzeciej wyprawy do Parku nie przebije jednak nic. Miała ona na celu głównie oddanie książki do Biblioteki Pedagogicznej. Praca na olimpiadę była już prawie napisana. Lato powoli się kończyło, trzeba było więc korzystać i postanowiliśmy wybrać się rowerem do opisywanego już kiedyś Lubiąża. Droga była całkiem przyjemna, wszystko szło dobrze (nie licząc jednego mojego upadku na piaskowej polnej drodze). Kiedy wracaliśmy znudziły nam się ciężarówki na głównej szosie, więc skręciliśmy w kierunku bardziej okrężnej, wiejskiej drogi - do Krzydliny Małej. Tuż za miejscowością Współautor : "Nie wiem,czy zdążymy na ten pociąg, trzeba spróbować. (...) MATKO BOSKA!" - odwracam się, a On wskakuje do rowu i wychodzi z... małym, porzuconym kotem! No i,co teraz? Transportowanie kotki do pociągu nie było łatwe - raz uciekła nam i ganialiśmy ją po lesie przez około 30 minut. Potem ja zaliczyłam wywrotkę na asfalt, polało się trochę krwi i wyglądałam jak pobita przez męża:). W końcu dotarliśmy jednak do Wrocławia, a kotce po dłuższym czasie udało się znaleźć dom.
Jezierzyca; fot. MŁ, 2013

Tak więc, jak widzicie - mogę stanowczo polecić Park Krajobrazowy "Dolina Jezierzycy"!

JAK DOJECHAĆ? 
Wycieczkę rozpocząć na Dworcu Głównym we Wrocławiu wsiadając w pociąg jadący w kierunku Głogowa. Wysiadamy w Wołowie (jeżeli dodatkowo chcemy zwiedzić miasto) lub Orzeszkowie. Stamtąd kierujemy się rowerem w którą tylko stronę zechcemy, a w zaplanowaniu trasy może pomóc poniższa mapka. 
Pamiętajmy o zabraniu mapy, sprayu na komary i peleryny przeciwdeszczowej:)


za : www.dzpk.pl

wtorek, 20 sierpnia 2013

Rawa Ruska (wyprawa wakacyjna IV.8)

Kolejna pobudka o 6:30 i nasz uśmiech na twarzy to niesamowicie oryginalne zestawienie. Wszyscy postanowiliśmy wesprzeć pana Jana i pojechać z nim do jego rodzinnego miasta – Rawy Ruskiej, w której miał do zrobienia jedną zleconą przez rodzinę rzecz oraz odbyć wraz z nim długo planowaną podróż pewnym sentymentalnym odcinkiem torów. 

Pociąg Lwów - Rawa Ruska
Po raz kolejny żar lał się z nieba, więc informację, że we Wrocławiu jest 16ºC i pada deszcz przyjęliśmy ze śmiechem. Pierwsze kroki w miejscowości skierowaliśmy w stronę poczty, gdzie kupiliśmy znaczki i część z nas wysłała kartki. Następnie na dawnym Rynku (obecnie zarośniętym trawą placu) wypiliśmy kwas chlebowy. Ostatni kwas w te wakacje, w tym roku… Mam jednak nadzieję, że nie w tym życiu :).

Nadszedł czas na załatwienie sprawy Pana Jana, czyli mszy świętej. Poszukiwania księdza okazały się daremne zarówno w kościele, jak i w domu, w którym mieszkał ostatnio. Dobrzy ludzie wskazali nam drogę w przeciwną stronę. Okazało się to wcale nie tak blisko. Ksiądz mieszkał aktualnie w bloku. Rozpadającym się, ukraińskim bloku. Jedyną wskazówką, że to faktycznie jego mieszkanie, okazał się być napis „C+M+B 2013” na drzwiach. Daremnie dzwoniliśmy dwa razy. Desperacja pewnego Łosia wzrosła w tym momencie do granic możliwości („Nie po to przejechaliśmy 666 km, nie po to tylu ludzi nam wskazywało drogę w 40ºC upale, żeby teraz nic nie załatwić!”) – nacisnął więc dzwonek raz jeszcze i ... wtedy otworzył nam człowiek, który co prawda księdzem nie był, ale intencję zapisał i sprawę można uznać za załatwioną. Uff!


Zestaw naszych ulubionych napojów.
Do Lwowa postanowiliśmy wrócić autobusem. Prawdziwym, dużym i przestrzennym autobusem z niemieckiego demobilu. W oczekiwaniu na ten środek lokomacji zjedliśmy jeszcze po lodzie (mimo przeziębienia, a co!). Wsiedliśmy do środka. Gorąco było jak w marszrucie, ale przynajmniej można się było przespać. 

We Lwowie nie mieliśmy już siły na nic, więc udaliśmy się prosto do mieszkania. Nie było to takie proste, bo nasz autobus zajechał na dworzec autobusowy, na brzydkim blokowisku w okolice ulicy Bohdana Chmielnickiego. Marszrutem pojechaliśmy do centrum, skąd ulicą Piekarską udaliśmy się do naszego mieszkania. Byliśmy tak zmęczeni upałem, że krótki odcinek dłużył nam się niemiłosiernie. W domu zjedliśmy obiadokolację, spakowaliśmy się i ogarnęliśmy. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że byliśmy na Ukrainie stanowczo za krótko i „jeszcze tu wrócimy!”. 

Udaliśmy się na ostatnie zakupy – coś dla rodziny lub do pociągu na drogę. Po raz ostatni (podczas TEGO wyjazdu!) wróciliśmy do naszego mieszkania i wypiliśmy herbatkę. 

Nocny pociąg z Truskawca do Kijowa
Na Dworcu okazało się, że tym razem jedziemy ukraińskimi wagonami. Niestety nie udało nam się połączyć dwóch przedziałów, a i miejsca było nieco mniej. Jakoś się jednak rozlokowaliśmy. Kontrola graniczna przeszła w miarę szybko i dowcipnie („Grzegorz Smoła… hahahaha, nieco nieaktualne to zdjęcie!” ; „-Czy przewożą Państwo alkohol lub inne używki? –Herbatę. –Eh, a miałem na myśli kawę.”;  „Mam wymagającą szefową, muszę otworzyć ten dół łóżka. Acha, buty  przemycacie!”) .  W naszym przedziale padł również suchar tysiąclecia w kategorii tych o drugiej nad ranem – „-Co robi worek jak jest zmęczony? –Je płyty winylowe.”  - nikt nie wie, o co chodziło, ale jak się to potem opowiada to brzmi ciekawie. 

Mała ilość snu dała się we znaki w następnym pociągu – interregio relacji Kraków – Jelenia Góra. Większość z nas po prostu zasnęła – nieważne, że miejsca było jeszcze mniej niż w sypialnym, a za oknem było jasno. Zaczęło nam brakować szerokości i długości ukraińskich wagonów, picia kwasu i dużej ilości hrywien w kieszeni… 

Pożegnaliśmy się na Dworcu Głównym we Wrocławiu i powędrowaliśmy w stronę domów. Myślę, że mogę to sprawozdanie śmiało zakończyć słowami piosenki, która została wymyślona podczas któregoś z obozów wędrownych, na którym był Grzesiu :

„Na Ukrainie życie jak w bajce płynie!

Jest Żiwczyk, Stagańczyk, Zgłuszczonka i Kwas!
Nie mogło zabraknąć tu nas!” .

tekst : Magdalena Łukowiak
zdjęcia : Magdalena Łukowiak, Grzegorz Smoła


Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

Rudki (wyprawa wakacyjna IV.7)

Niestrudzeni następnego dnia wstaliśmy o 6:30. Mieliśmy pojechać do Rawy Ruskiej, ale plan uległ zmianie z powodu niesprzyjających okoliczności. Wszyscy przebudziliśmy się nieco przeziębieni. 

Żar lał się z nieba już od rana. Śniadanie zjedliśmy w mieszkaniu i wyszliśmy „na miasto”. Po pierwsze odwiedziliśmy aptekę, gdzie zakupiliśmy powszechnie znane lekarstwo na przeziębienie. Po pierwszej dawce okazało się jednak, że nasz polski odpowiednik tego leku ma nieco mniejszą procentową zawartość alkoholu :). No cóż, Ukraina to Ukraina. Lekarstwo zażywaliśmy jakieś 3 razy dziennie. 

Urocza modelka w Parku Stryjskim
Kolejnym celem wycieczki był Park Stryjski. Podobno dużo w nim się zmieniło. Zaskoczył nas swoją czystością i zadbaniem. Odpoczęliśmy na ławeczce i udaliśmy się w dalszą podróż. Spotkaliśmy całkiem miłą wiewiórkę, która pozwoliła sobie zrobić sesję zdjęciową. Do mnie wciąż dzwoniło biuro obsługi klienta, a nie odbieranie nie pomagało. Z racji, że szkoda było mi pieniędzy na rozmowę o ofertach handlowych, spróbowaliśmy ich jakoś odstraszyć. Niezapomniane teksty Grzesia „Wodociągi Wrocław, słucham.” , „Biuro Obsługi Play, słucham.” czy też recytacja Pana Tadeusza chyba pomogły, albo w każdym razie doprowadzały do śmiechu pół salonu.

Rudki!
Udaliśmy się na Dworzec Podmiejski, skąd odjeżdżał nasz pociąg do Rudek – miejsca pochówku Aleksandra hr. Fredry! Jest to miasteczko, które było własnością Fredrów. Osławione przez słowa Aleksandra Fredry, który powrócił tu po wyprawie napoleońskiej: wyjechaliśmy razem, z odmiennych pobudek: Napoleon na Elbę, a ja prosto do Rudek. W miasteczku jedliśmy głównie lody i piliśmy soki, ponieważ upał był naprawdę niemiłosierny. Zobaczyliśmy kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny wraz z grobem pisarza. Spotkaliśmy tam miłego księdza, który oprowadził nas po świątyni. Jego odpowiedź na pytanie "Skąd Ksiądz pochodzi?" doprowadziła nas do wybuchu nagłego ataku śmiechu  - okazało się, że z Nowej Sarzyny. A tam przecież byliśmy na ostatniej dłuższej wycieczce u rodziny Pana Jana! Ależ ten świat mały!

W międzyczasie rozdzwonił się telefon Grzesia. Było to niespotykane dotychczas zjawisko. Okazało się, że to Mama. Nie spytała jednak tradycyjnie "Co u Ciebie?", tylko zleciła synowi kupno...tłumika do samochodu. Plan spalił na panewce, ale co się uśmialiśmy to nasze!

Szybkim krokiem udaliśmy się w stronę oddalonej o ok. 2 km  posiadłości Fredrów-Szeptyckich w Beńkowej Wiszni. „Pisarz tak wspomina czasy swej młodości: świat mego dziecinnego i młodocianego wieku cały w Beńkowej Wiszni. Dom tam moich rodziców, był to dom prawdziwie polsko szlachecki, zamożny bez zbytku, cichy a gościnny. Dwa razy do roku, w dnie imienin rodziców zjazd bywał wielki. Obiad w ogrodzie pod lipami (…) bal całą noc”

Pod posiadłością Fredrów.
W drodze powrotnej próbowaliśmy złapać auto stopa, bo mieliśmy naprawdę mało czasu i dużo drogi do przebycia (a następny pociąg o piątej rano!). Co ciekawe… udało nam się. Na nasze szczęście jechał marszrut, który podwiózł nas do centrum Rudek. Czasem się jednak przydają. Ale tylko czasem.

Na pociąg zdążyliśmy. Z Dworca podjechaliśmy tramwajem na Rynek, gdzie spędziliśmy kolejny wieczór. Tym razem zjedliśmy pizzę (tradycja wycieczkowa musiała się wreszcie wypełnić!) i zrobiliśmy zakupy. 

tekst i zdjęcia : Magdalena Łukowiak
c.d.n.

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rudki i Bieńkowa Wisznia

Kliknij, aby zobaczyć inne wpisy

Z odległych krańców Europy czas przenieść się na bliskie sercu Polaków Kresy Wschodnie. Przebywając tam dłużej można odkryć wiele niesamowitych, zapomnianych miejsc. Postaram się Was do nich zaprowadzić. Po Starym Siole oraz Stanisławowie, kierujemy się jeszcze bardziej na południe od Kołomyi - do Buczacza










JAK DOJECHAĆ?

za: maps.google.pl
Buczacz oddalony jest od opisywanego Stanisławowa o niecałe 70 kilometrów. Można zatem zrobić tam bazę wypadową. Jest to spore miasto, więc powinien znaleźć się jakiś autobus lub marszrutka jadąca ze Stanisławowa w kierunku Czortkowa (Чортків). Jeśli poruszamy się własnym samochodem należy również kierować się na Czortków. Muszę dodać, że drogi "województwa stanisławowskiego" należą do legendarnych, to znaczy, prawdopodobnie najgorszych w całym kraju. :)



Drohobycz, Truskawiec (wyprawa wakacyjna IV.6)

Bractwo Nosicieli Skarpetek do Sandałów
Na kolejny dzień zaplanowana została wycieczka do Drohobycza i Truskawca. Oczywiście pociągiem! Poranek był nieco chłodny, więc podziębiony Pan Jan dołączył do grzesiowego bractwa nosicieli skarpetek do sandałów. Zostało to dokładnie udokumentowane, ponieważ nie zdarza się to zbyt często.

Tradycyjne smarowanie kanapek na teczce Pana Jana nie zostało niczym zakłócone i bezpiecznie dotarliśmy do Stryja. Tam przesiedliśmy się na pociąg do Drohobycza. Trochę rozśmieszały nas za krótkie perony na stacjach i ludzie wysiadający prosto do rowu. 

W Drohobyczu pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę Rynku. Po drodze minęliśmy Wielką Synagogę wybudowaną w latach 1842-1865 obecnie znajdującą się w ruinie. Dawniej gmina żydowska w tym mieście była bardzo duża, a jej kres położyła okupacja niemiecka. Wysłuchaliśmy opowieści o historii miasta - o handlu solą, o wydobyciu ropy naftowej. Dowiedzieliśmy się też trochę o związanych z miastem osobach - Brunonie Schulzu i Iwanie Franku.

Ratusz w Drohobyczu
Ponadto zwiedziliśmy również polski kościół farny pw. św. Bartłomieja. Świątynia została ufundowana przez Władysława Jagiełłę w 1392 roku. Fara szczyciła się bogatym barokowym wnętrzem oraz pięknymi polichromiami i witrażami, była jednym z najpiękniejszych kościołów na Kresach. Przetrwała dwie wojny. Zniszczyli ją dopiero sowieci, którzy zmienili ją w magazyn. Ławki, konfesjonały, rzeźbione ołtarze i cenne obrazy spalili, a zabytkowe organy sprzedano. Polichromie zdarto lub zamalowano. Dopiero w 1989 roku Polacy mieszkający w Drohobyczu odzyskali farę i od tego czasu trwa nieustanna renowacja. Niestety taki los spotkał większość kościołów na Kresach i nie wszystkie udało się odratować. Kolejna smutna prawda.

Pijalnia wody zdrojowej w Truskawcu
Ponieważ następnym celem wyjazdu było uzdrowisko Truskawiec udaliśmy się na dworzec naszych „ulubionych” marszrutów. Tym razem miejsc siedzących nie znaleźliśmy. Wyszło na jaw, że do marszruta mieści się 4n+1 osób, a w każdym razie dużo za dużo, poza tym nie wiem jakim cudem na następnych przystankach wsiadają kolejne. Bez komentarza pozostawię ciecz rozlaną na podłogę i kilka innych incydentów. 




 
W Truskawcu wysiedliśmy najszybciej jak się dało. Swoje kroki skierowaliśmy w stronę parku zdrojowego. Okazał się być całkiem ładny. Skosztowaliśmy wody zdrojowej „Naftusia” – jak to woda zdrojowa nie smakowała i nie pachniała zachęcająco, ale podobno była zdrowa… Sklep odnaleziony w okolicy sanatoriów okazał się być wyposażony głównie w… papier toaletowy. Mijając pomnik Adama Mickiewicza dotarliśmy na dworzec, z którego mieliśmy odjechać do Lwowa. 

Lwowski rynek wieczorową porą
Podróż pociągiem tradycyjnie minęła niektórym na dosypianiu, innym na rozmowach i wyglądaniu przez okno, a jeszcze innym na czytaniu. Z dworca wróciliśmy na piechotę mijając Politechnikę Lwowską oraz Uniwersytet im. Iwana Franki stojący naprzeciwko parku Iwana Franki, w którym znajdował się pomnik… tu niespodzianka! Iwana Franki. Posiedzieliśmy również pod trzecim z katolickich kościołów we Lwowie – pw. św. Marii i Magdaleny- który pełni również funkcje Filharmonii. Dzień zakończyliśmy w naszej ulubionej restauracji podczas tego wyjazdu – Czeburecznej Chacie! Czeburek + kwas = uśmiech na twarzy Łosia i nie tylko. 

tekst i zdjęcia : Magdalena Łukowiak 


Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

sobota, 17 sierpnia 2013

Zniesienie i Wysoki Zamek (wyprawa wakacyjna IV.5)

Kolejnego dnia postanowiliśmy zostać we Lwowie i zwiedzić słynny Skansen. Znajdowały się tam obiekty podzielone na strefy prezentujące obiekty z różnych regionów Zachodniej Ukrainy - Bojkowszczyzny, Bukowiny, Huculszczyzny, Łemkowszczyzny, Podola, Pokucia i Zakarpacia. 

Jedna z wielu cerkwi w pięknym otoczeniu.
Klimatyczne cerkiewki i wiejskie chałupy były doskonale wkomponowane w leśne otoczenie - wyglądały niczym wyjęte z obrazka, z pocztówki i przeniesione w idealne dla nich miejsce. Mieliśmy również okazję zaobserwować składanie jednej z cerkwi co mnie niezwykle zainteresowało. O projekcie przeniesienia cerkwi z Jazłowczyka, można przeczytać w Kurierze Galicyjskim.


Łoś w...centrum miasta!
Przypadkiem znaleźliśmy miejsce z ładną panoramą na Lwów, z którego postanowiliśmy przebić się na Wysoki Zamek, czyli najwyższy punkt miasta. Okazała się to naprawdę niesamowita droga – górski park w środku cywilizacji! Głębokie jary (czy tam parowy…), zieleń przyrody i piaszczysta droga zachwyciły nas. A widoki z Wysokiego Zamku zachwyciły nas jeszcze bardziej. Panorama całego miasta rozciągającego się na wszystkie strony i możliwość rozpoznania większości obiektów rządzi! Co ciekawe, po drodze spotkaliśmy naszego znajomego z obozu wędrownego, na którym byłam ja,Grzesiu i Ewa. Kolejny dowód na to, że świat do wielkich nie należy. Na Wysokim Zamku zaciekawiła nas również tradycja zawiązywania mokrych chusteczek w kokardkę "na szczęście". Hmm, u nas robi się to samo z kłódkami.

Panorama z Wysokiego Zamku.
Po obiedzie udaliśmy się na mszę świętą, ponieważ była to niedziela. Tak się przynajmniej wydawało, bo rachubę dni tygodnia straciliśmy już dawno. W rzeczywistości była to jednak sobota. Postanowiliśmy wcześniej udać się na ostatnią mszę wieczorną, ponieważ następnego dnia czekała nas wczesna pobudka i wizyta w Drohobyczu. Wieczorny spacer po mieście i przede wszystkim Rynku pozwolił nam odczuć klimat miasta Lwa. Dało się odczuć go m.in. siedząc w ogródku jednej z restauracji i sącząc mój ulubiony kwas chlebowy (ależ mi go teraz brakuje!). 

tekst i zdjęcia : Magdalena Łukowiak 

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

piątek, 16 sierpnia 2013

Bieszczady Wschodnie (wyprawa wakacyjna IV.4)

Kolejna pobudka o nieludzkiej porze po średnio przespanej nocy to coś, co lubimy najbardziej. Kolejny pociąg powitał nas drewnianymi siedzeniami i brakiem stolika do zrobienia śniadania, dzięki czemu ponownie użyć trzeba było teczki pana Jana i talerzyka Ewy. Tym razem jechaliśmy w Karpaty. 

Klimat gór
Widoki za oknem przywracały chęci do życia. Niektórzy z nas postawili przed sobą wyzwanie przejścia całego pociągu (siedzieliśmy akurat w pierwszym wagonie). Okazał się być naprawdę długi. Wysiedliśmy w Ławocznem, czyli dawnej stacji granicznej pomiędzy Polską a Czechosłowacją. Dziś szlakiem dawnej granicy państwowej biegnie jedynie granica administracyjna obwodów (lwowskiego i zakarpackiego), ale w tej niepozornej wiosce, pewnie niejako z przyzwyczajenia zatrzymują się wszystkie dalekobieżne pociągi. Z położonej na wysokości 663 m n.p.m stacji kolejowej, udaliśmy się spacerkiem szliśmy do Sławska czyli ukraińskiego kurortu. 

Cerkiew w Sławsku
Po drodze w sklepie zaopatrzyliśmy się w zgłuszczonkę, czyli słodko słodkie mleko zagęszczone. Po dotarciu do Sławska przytłoczyła nas brzydota tego miejsca i brak oznakowania jak dość na wokzal, czyli dworzec. Miejscowość jest tak brzydka, że nawet nie zorientowaliśmy się, że przeszliśmy centrum. Czekaliśmy na jakieś obiekty godne kurortu, a tu nic. Dopiero coraz bardziej rzadka zabudowa uświadomiła nam, że zaszliśmy za daleko!
Express do Lwowa

W oczekiwaniu na pociąg rozrywki dostarczyły nam zawody w otwieraniu zgłuszczonki, które ostatecznie wygrał Pan Jan – gratulujemy. Zjedliśmy kolejne śniadanie tego dnia i zapragnęliśmy się jak najszybciej wydostać z tego miejsca. Wtedy udało mi się po raz pierwszy samodzielnie kupić bilety kolejowe na Ukrainie, co napełniło dumą moje serce. 

Pociąg do Stryja okazał się być ratunkiem od Sławska. Po drodze podziwialiśmy piękne, górskie krajobrazy w dolinie rzek Opór i Stryj. W Stryju przesiedliśmy się na niespodziewany ekspres z Mukaczewa do Lwowa! Był tak wygodny i … szybki (!), że nawet nie zauważyliśmy jak dotarliśmy na miejsce.

tekst i zdjęcia : Magdalena Łukowiak 

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Łyczaków (wyprawa wakacyjna IV.3)

Następny dzień przywitał nas promieniami słońca wpadającymi przez poddaszowe okna. Po śniadaniu zjedzonym tym razem przy stole postanowiliśmy udać się na Cmentarz Łyczakowski, czyli jedno z najważniejszych miejsc we Lwowie.

Na Cmentarzu spędziliśmy dużo czasu. Odwiedziliśmy groby rodzinne Pana Jana, (ciekawe gdzie ich nie ma?!) i mogiły znanych Polaków. Pamiętaliśmy też o przypadającym tego dnia święcie Wojska Polskiego, dlatego podeszliśmy na trzy kwatery wojskowe - powstańców listopadowych i styczniowych, oraz Cmentarz Obrońców Lwowa.
Zmęczeni chodzeniem, po nierównym terenie cmentarza, wsiedliśmy w tramwaj i udaliśmy się do jednej z ulubionych restauracji naszego specjalisty ds. żywieniowych Grzegorza – Puzatej Chaty.

Posileni i wypoczęci, rzuciliśmy się w dalszy wir zwiedzania. Postanowiliśmy zajrzeć do Muzeum w Arsenale Miejskim. Po krótkim odpoczynku w domu udaliśmy się do Katedry na mszę świętą. Moim skromnym zdaniem nasz, przygotowany dzień wcześniej, ziołowy bukiet wyglądał najbardziej imponująco ze wszystkich :). Niestrudzeni postanowiliśmy udać się na wieczorny spacer, który rozpoczęliśmy od kupna ciastek na wagę! Nie obyło się także bez odwiedzenia kolejnej ulubionej restauracji Grzesia – Domu Legend. Z samej góry kamienicy, w której się znajdowała można było podziwiać miasto z … trabanta! Zaliczam to miejsce do niezwykle oryginalnych.

tekst i zdjęcia : Magdalena Łukowiak

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

środa, 14 sierpnia 2013

Żółkiew (wyprawa wakacyjna IV.2)

Następnego dnia czekała nas szybka pobudka i droga na Dworzec Główny. Tym razem zetknęliśmy się po raz pierwszy z ukraińskim pociągiem. Zszokowała nas przede wszystkim jego długość – osiem (?) wagonów, a w każdym było niesamowicie dużo miejsca! Były również szersze. Jechały nim głównie starsze osoby. Ludzie chodzili po przedziałach i sprzedawali różne produkty. Niesamowity, ukraiński klimat. 

Śniadania w pociągu rządzą!
Zrobiliśmy śniadanie na teczce pana Jana i talerzyku od Ewy. Okazało się to być naszą późniejszą tradycją. Podziwialiśmy widoki za oknem (Zielona Ukraina) , rozmawialiśmy lub odsypialiśmy zbyt krótką noc, co sprawiło, że podróż minęła nam w miarę szybko, pomimo że prędkość nie była zbyt imponująca. Można było docenić nasze, polskie pociągi, na które tak często narzekamy. Podobnie było w kwestii toalety, ale o tym później. 

W międzyczasie zaczęliśmy rozmawiać o ukraińskich pieniądzach. Grzesiu spytał pana Jana jaka rzeka znajduje się na stu hrywnach – Dniepr czy Dniestr? Otrzymał niewiele mówiącą odpowiedź „Dniepr, bo tu jest Dziad dnieprowy.” Żart ten towarzyszył nam później przez cały wyjazd, a do dziś nie jesteśmy pewni o co chodziło. Jego autor utrzymuje, że istnieje taka legenda, ale nigdzie nie udało nam się potwierdzić tej informacji.
Rynek w Żółkwi
 Wysiedliśmy w Żółkwi, która była naszym pierwszym celem. Rynek zaskoczył nas swą wielkością  i pustką jednocześnie. Obeszliśmy go dookoła oglądając Kolegiatę św. Wawrzyńca (niestety zza kraty), okropnie zniszczony Zamek Sobieskich, przekraczając Bramę Zwierzyniecką oraz Krakowską. Naszym pierwszym wrażeniem był fakt, że to naprawdę cudowne miejsce, ale mogłoby zostać zachowane w dużo lepszym stanie – głównie Zamek Sobieskich. „Jak to na Ukrainie, wszystko w ruinie” – powiedziałam wtedy i niestety to powiedzenie towarzyszyło nam przez następne dni.

Spędziliśmy „upojną godzinę” na dworcu marszrutów w oczekiwaniu na pojazd do Krechowa. Rozkład jazdy nie jest ich mocną stroną, podobnie jak wielkość. Kiedy wreszcie przybył o dziwo udało nam się zająć miejsca siedzące. Jazdę po wybojach pozostawię bez komentarza – wciąż uważam, że pociągi rządzą.
Cerkiew w Krechowie

W Krechowie, a dokładniej w lesie nieopodal wsi, stoi świetnie zachowany (o dziwo!) klasztor bazylianów. Był on dawniej obwarowany; pozostały mury z basztami, wały, brama z kamiennym mostem. Stoi tam cerkiew oraz dzwonnica. W tym oryginalnym miejscu często przebywał Jan III Sobieski. Rozłożyliśmy się więc na trawie i zjedliśmy drugie śniadanie, bo miejsce to bardzo przypadło nam do gustu. Zjedliśmy także ciastka zakupione i zachwalane przez Grzesia. Trochę nam nie smakowały, a gdy zajrzeliśmy do środka okazały się być... spleśniałe. Ale, jak widać, nie zaszkodziły nam.
Nasz bukiet na tle krajobrazów.

W planach był teraz spacer do Glińska na stację kolejową. Nagle i niespodziewanie zrobiło się gorąco i słonecznie. Szliśmy asfaltem, więc okazało się to być całkiem męczące przedsięwzięcie. Krajobrazy wynagradzały jednak ból nóg, ponieważ były to wzgórza porośnięte lasami lub ukwiecone łąki. W pewnym momencie Pan Jan przypomniał sobie („Ale ja durnowate bambaryło jestem!”), że następnego dnia jest 15.08, co oznacza święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, podczas którego święci się zioła i kwiaty – rozpoczął więc proces zbierania. Bukiet wyszedł całkiem nieźle. 
Z racji niewielkiej ilości czasu jaka pozostała do odjazdu pociągu byliśmy zmuszeni złapać marszruta. Część z nas – tj. najwięksi miłośnicy kolei (Grzesiu chyba również z racji miejsca na długie nogi, ja i Pan Jan) wyskoczyła w Żółkwi i pobiegła złapać pociąg, a pozostali wrócili zapchanym autobusikiem do Lwowa. 

W pociągu tym razem wymyśliliśmy określenie na pójście do toalety – „Idź poznać życie!”. Faktycznie, nie było w tym doświadczeniu niczego miłego, albowiem smród było czasem czuć już w sąsiednim przedziale. Pozostawmy to bez komentarza i zapamiętajmy, że toalety w polskich pociągach wcale nie są aż tak złe.      
     
Wieczorny spacer po Rynku musiał się odbyć! Byliśmy naprawdę niestrudzeni! Najpierw zahaczyliśmy o Czebureczną Chatę w celu skosztowania czebureków, które okazały się później jednym z naszych ulubionych przysmaków. Po wyjściu kupiliśmy nasze ulubione ciastka na wagę oraz odwiedziliśmy kolejną ulubioną restaurację Grzesia – Lampę Gazową.

tekst i zdjęcia : Magdalena Łukowiak



Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Lwów (wyprawa wakacyjna IV.1)

Dnia 12 sierpnia 2013 roku, w nietypowy dzień tygodnia jak na nas – poniedziałek, o równie nietypowej porze – około godziny 14, zebraliśmy się na Dworcu Głównym we Wrocławiu z przeładowanymi, ciężkimi plecakami. Pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę peronu, na którym obejrzeliśmy nowy pociąg Pendolino robiący wrażenie na miłośnikach kolei. Nie po to jednak były nam bagaże. Mieliśmy się udać w długo oczekiwaną podróż do Lwowa i okolic!

Prezentacja Pendolino we Wrocławiu.
Wskoczyliśmy do pociągu interregio mającego zawieźć nas do Krakowa. Był mocno przeładowany, ale wszyscy siedzieliśmy z racji małej ilości uczestników (w sumie było nas sześć osób). Nie można tego powiedzieć o naszych współtowarzyszach podróży, czyli ponad trzydziestoosobowej grupie dzieci, która stała lub zajmowała dogodną miejscówkę na podłodze aż do Katowic. Tam też pociąg opuściła większość pasażerów, co pozwoliło nam ułożyć się nieco wygodniej.

Free wi-fi w tramwaju!
W Krakowie mieliśmy około godziny na przesiadkę do ekskluzywnego wagonu sypialnego. Udało nam się połączyć dwa przedziały dzięki czemu wszyscy spędziliśmy noc razem. Niektórzy postanowili iść spać, inni wybrali wariant czytania, a ci najbardziej zwariowani urządzili dyskotekę z pomocą głośników zabranych przez Grzesia. Granicę bezproblemowo przekroczyliśmy w dobrym humorze, oglądając co jakiś czas spadające gwiazdy. Niektórym udało się zasnąć na ostatnią i jedyną tej nocy godzinę, ale niedługo później obudził ich konduktor słowami „Za 25 minut będziemy we Lwowie”. Czyżby życie było mu niemiłe?

Wysiadłszy z pociągu udaliśmy się na przystanek tramwajowy. To było nasze pierwsze zetknięcie z tymi szanowanymi w mieście pojazdami. Klimat rozklekotanego tramwaju prowadzonego przez szaloną Panią Motorniczą, jadącego po ledwo żywych szynach, towarzyszył nam przez kolejne dni. Tym razem zakłócił go nieco wielki napis „Free wi-fi zone” na drzwiach. Po szybkim sprawdzeniu okazało się, że faktycznie strefa darmowego Internetu istnieje w niektórych tego typu pojazdach!

Dotarliśmy w końcu do naszej kwatery na Łyczakowie. Brzmi niczym miejsce na cmentarzu, ale trzeba mi uwierzyć, że było to naprawdę przyjazne mieszkanie. Ku uciesze Grzesia znaleźliśmy w nim m.in. ogromną ilość płyt z koncertów i nie tylko, jego ukochanych zespołów, dobry sprzęt grający i wiele innych skarbów. Wybór miejsca do spania okazał się sporym dylematem, jednak w końcu udało nam się jakoś rozdzielić łóżka.
Sala Lustrzana w Operze
Część z nas postanowiła odespać noc i obudziła się w okolicach południa. Zmotywowało nas to do udania się na spacer po mieście. Odwiedziliśmy jedne z najważniejszych miejsc we Lwowie – m.in. pomnik Adama Mickiewicza, Operę (w której najbardziej przypadła nam do gustu Sala Lustrzana) oraz kilka Kościołów. Zjedliśmy obiad i udaliśmy się na pierwsze zakupy.  Następnie Ci najmniej zmęczeni udali się na spacer na Górny Łyczaków, a stamtąd nieużywanymi torami kolejowymi (okazało się, że mają jakiś dogodniejszy rozstaw podkładów do chodzenia i nie trzeba tak drobić jak u nas) na Cmentarz, aby tradycyjnie odwiedzić jeden z grobów rodzinnych pana Jana. Wróciliśmy tramwajem. Pozwoliło mi to przejechać całą trasę Dziesiątki – jeździ ona od Górnego Łyczakowa na Dworzec Główny.  Szybko nauczyliśmy się przystanków na pamięć zapowiadanych niezwykle zapadającym w pamięć głosem. Będzie mi brakować słów „Nastupna zupinka – wulica Selena. The next stop – Selena Street” i innych takich. Po drodze odkryliśmy jeszcze magię smaku winogron z bazaru. 

tekst : Magdalena Łukowiak
zdjęcia : Magdalena Łukowiak, Grzegorz Smoła

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

Comments System

Disqus Shortname