piątek, 14 października 2011

Krośnice (wycieczka 41)

Dnia 12.10.2011r klasa 3c (i kilka osób z innych klas) zebrała się na przystanku tramwajowym Dworzec Nadodrze. Niektórzy mieli problemy z trafieniem, bo przecież to totalne odludzie! Ja natomiast bardzo lubię wycieczki rozpoczynające się na tym dworcu. Zbiórka była, o ile dobrze pamiętam, o 7.20, a ja wstałam ok 7.00. Prawie się spóźniłam, bo tak to zwykle jest z tymi, którzy mieszkają najbliżej. Podróż pociągiem nie trwała długo. To była moja pierwsza wycieczka i jak widać nie ostatnia. Zostałam na dłużej, czyli musiało mi się spodobać. 


W planach była 3 dniowa wyprawa do Krośnic, w okolice Milicza. Gdy dotarliśmy na miejsce z ulgą rzuciliśmy się na łóżka. Byliśmy zmęczenie nie przejazdem pociągiem, ale marszem z dość daleko położonej od ośrodka stacja kolejowej. Jednak nie było nam dane długo w nich poleżeć, gdyż pan Taczyński zarządził zbiórkę za 10 minut. Ociągając się zeszliśmy na dół. Okazało się, że czeka na nas autokar oraz pan przewodnik. Wsiedliśmy, zajęliśmy swoje wymarzone miejsca (owszem, nie obyło się bez bitwy o „tył”) i ruszyliśmy.

Naszym celem było poznanie piękna przyrody otaczającego nas terenu – Doliny Baryczy. Pierwszym przystankiem była widokowa  Wieża Ptaków Niebieskich w Grabownicy. Otrzymaliśmy lornetki i kilka niezbędnych informacji. Pan przewodnik pytał nas o podstawowe rzeczy i sama się zdziwiłam, że na tak wiele pytań z tematu ochrony ptaków i przyrody potrafię odpowiedzieć. Było dość zimno, więc pan Taczyński podzielił się z nami herbatką z termosu. Wtedy zaczęłam odkrywać pewne tradycje wycieczkowe, ale o tym kiedy indziej. Wdrapaliśmy się na wieżę i mogliśmy zaobserwować wiele ciekawych okazów ptaków latających nad cudownym stawem. Odkryłam, że stawy, pomimo, że są sztuczne, potrafią być na prawdę piękne.


Kolejnym przystankiem były już właściwe Stawy Milickie. Jakbyśmy byli mało zmęczeni, Pan Jan wybrał dłuższą opcję spaceru, czyli ok. 11 km. Było jednak warto. Szłam z przodu, więc miałam pewne bonusy. Np. pan przewodnik pokazał mi startującego orła bielika, co wydało mi się szalenie interesujące, więc zaczęłam się wypytywać o inne ptaki i ich zwyczaje. Prowadząc taką miłą pogawędkę nie zauważałam zmęczenia. Usłyszeliśmy także startujące gęsi i wiele innych gatunków ptaków w ciekawych sytuacjach. Okolica była naprawdę piękna, bardzo lubię takie tereny.


Dowlekliśmy się wreszcie do autokaru, ale nie był to koniec wyprawy. Zatrzymaliśmy się również w Ostoi Konika Polskiego pod Miliczem. Było to ukochane miejsce naszego pana przewodnika, mógłby o nim opowiadać godzinami. Znajdowały się tam jego konie, koniki polskie – jest to polska rasa konia w typie kuca, długowiecznego, odpornego na choroby i trudne warunki utrzymania. Ich przodkami były tarpany, które niestety już wyginęły. Dlatego należy dbać o ten gatunek, aby nie spotkał go ten sam los. Bardzo rzadko stwarza się im naturalne warunki do życia, dlatego to miejsce było wyjątkowe. Dzikusy powitały nas bardzo serdecznie, a ja zaprzyjaźniłam się z Kreską, która chciała zjeść mój rękaw.


Kiedy dotarliśmy do ośrodka usłyszeliśmy dwie radosne wiadomości. Pierwsza z nich była taka, że niedaleko jest.. SKLEP!  I można się tam nieźle zaopatrzyć w słodycze! A drugą, jeszcze lepszą, że za pół godziny obiad! Udaliśmy się do Piano Baru, gdzie zjedliśmy upragniony posiłek. Następnie zahaczyliśmy o sklep. Wróciliśmy do ośrodka i mieliśmy upragnioną godzinę sjesty.


Była to wycieczka edukacyjna, więc następnym punktem programu były zajęcia przyrodnicze. Pani i jej pies (nie pamiętam jak się nazywał L), zabrali nas na spacer po parku. Poznaliśmy gatunki drzew i krzewów. Nasze wiecznie głodne pokolenie ucieszyło się, że można spróbować … cisu. Pani Przewodnik, wbrew obiegowej opinii o trujących właściwościach jagód tego iglaka, twierdziła, że wystarczy wydłubać nasionko, a „to czerwone” można zjeść. My z Panem Taczyńskim jednak patrzyliśmy podejrzliwie na osoby, którym bardzo smakowało. Później wydarzyła się jeszcze ciekawsza rzecz. Podeszliśmy do dużego drzewa z szarą korą. Zrobiło na mnie wrażenie samotnika, mojej bratniej duszy. Jak się okazało, był to buk. A orzeszki bukowe są podobno bardzo smaczne. Rzuciliśmy się wszyscy, na czele z Panem Taczyńskim, na owoce owego drzewa. Panu orzeszki tak bardzo zasmakowały, że kiedy po powrocie do ośrodka doszczętnie opróżnił kieszenie, chodził i przekupywał nas na różne sposoby, abyśmy odstąpili choć trochę. Byliśmy jednak twardzi i nie daliśmy się, bo nam też smakowały.


Wieczorem udaliśmy się do sali konferencyjnej, w której mieliśmy zajęcia praktyczne. Musieliśmy wymienić cechy drzewa (ooooorzeszki …) . Oraz zrobić pracę plastyczną za pomocą liści, które wcześniej zebraliśmy. Późnym wieczorem mieliśmy seans filmowy o przyrodzie Doliny Baryczy. Był to bardzo interesujący film, który podsumowywał nasze wędrówki.


Następnego dnia obudziliśmy się wcześnie rano i poszliśmy na śniadanie. Pogoda dopisywała, mogliśmy się tylko cieszyć. Musieliśmy się solidnie najeść, gdyż czekała nas kolejna długa wędrówka. Nie pamiętam ile kilometrów zrobiliśmy tym razem, ale pamiętam, że byłam potem zmęczona, choć to może też być wina przedawkowania orzeszków. Podziwialiśmy tym razem krajobrazy Stawów Krośnickich. Pan przewodnik opowiadał o hodowaniu ryb, ciekawych ptakach i owadach mieszkających na tych terenach. Pamiętam też, że dyskutowaliśmy o konikach polskich, ale dalej mam przysłowiową dziurę w mózgu. Czyżby znowu bucze orzeszki? Zmęczeni wróciliśmy prosto na obiad. Potem tradycyjnie już skręciliśmy do sklepu. Godzinna sjesta minęła nam szybko i przyjemnie.


Zrobiło się trochę zamieszania gdy Pan Taczyński zgubił klucze do swojego pokoju. Ale ja, detektyw Łukowiak na tropie, znalazłam je. Mogliśmy zatem wyjść na zajęcia terenowe. Tym razem odbywały się one w muzeum minerałów i geologii przy ośrodku. A tak na marginesie, to dowiedziałam się, że spaliśmy w dawnym szpitalu psychiatrycznym, co choć trochę tłumaczyłoby nasze dziwne zachowania i przygody …


Po kolacji wyszliśmy na orlika znajdującego się nieopodal Piano Baru. Graliśmy w piłkę nożną. Pasjonujący mecz, a gracze, pomimo tego że zaczął padać deszcz bardzo się poświęcali. Po powrocie do ośrodka mieliśmy jeszcze zajęcia w sali konferencyjnej. Był to quiz „Jaka to melodia?” zorganizowany przez kilku uczniów. Rywalizacja była bardzo zacięta.


Ostatni dzień  to 14 października, czyli jak wiadomo Dzień Nauczyciela. Ja i Kuba przygotowaliśmy dla Pana Taczyńskiego prezent – orzeszki. Wszystkiego najlepszego i smacznego! Rano spakowaliśmy się i oddaliśmy nasze bagaże do przechowalni. Udaliśmy się na … zajęcia terenowe. Tym razem uczyliśmy się określać wiek drzewa i jego wysokość. Spacerowaliśmy także po Krośnicach. Mieliśmy pracę w grupach, rysowaliśmy plakaty i odpowiadaliśmy na pytania dotyczące ochrony przyrody.


Ponieważ zostało nam jeszcze dużo czasu do pociągu powrotnego, pan Taczyński zorganizował grę terenową. Podzieleni zostaliśmy na grupy. Każda z nich musiała wysłuchać skomplikowanej zagadki,  o dobrze znanym miejscu w Krośnicach. W miejscach tych czekały na nas zadania, które następnie musieliśmy wspólnie rozwiązać. Pytania dotyczyły tego, czego uczyliśmy się przez ostatnie 3 dni. Mieliśmy także do narysowania plan boisk, czyli naszego ulubionego orlika. Gdy wszystkie grupy skończyły, nauczyciele zajęli się sprawdzaniem prac i podsumowywaniem, a my na orliku graliśmy w siatkówkę i koszykówkę.


Nastąpiło podsumowywanie wyjazdu. Za dobrą pracę otrzymywaliśmy oceny i nagrody, np. mapy okolicy (moja bardzo przydała się podczas pisania sprawozdania :D). Wieczorem wróciliśmy do Wrocławia wzbogaceni o nową, interesującą i przydatną wiedzę, nowe doświadczenia i w dobrych humorach.


Magdalena Łukowiak, klasa III E

Dofinansowanie i organizator wyjazdu

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

Comments System

Disqus Shortname