środa, 24 lipca 2013

niedziela, 21 lipca 2013

Polsko-niemiecka wymiana młodzieżowa - lipiec 2013



Moje sprawozdanie będzie tym razem równie nietypowe, jak spotkanie, które mam zamiar opisać. Po pierwsze nie mogę opisać go w całości, ponieważ zjawiłam się na nim dopiero w niedzielę 21.07 w późnych godzinach wieczornych (a jego początek datuje się na 20.07 rano) wybiegłszy z pociągu PKP InterCity relacji Kraków Główny- Poznań Główny w pełnym ekwipunku służącym do chodzenia po górach w towarzystwie dwóch podobnie niezmordowanych ludzi – Ewy i Grzegorza. Wracaliśmy tego dnia z dwutygodniowego obozu wędrownego, ale postanowiliśmy pojawić się na wspólnej kolacji. 


Zabawy integracyjne
Spotkaniem nazwałam kolejną polsko-niemiecką wymianę młodzieży z Fundacji Św. Jadwigi, które było tym razem jeszcze bardziej nietypowe niż zwykle – w całości (z niewielkim wyjątkiem) odbywało się we Wrocławiu – czyli stałym miejscu zamieszkania polskich uczestników.

Wspomnianego wieczoru byłam więc bardzo zdezorientowanym uczestnikiem wymiany. Poznałam kilka osób, wręczono mi tradycyjny prezent od niemieckiej grupy oraz czerwoną torbę „Dolny Śląsk” i plakietkę, którą dumnie nosiłam na piersi przez nadchodzący tydzień. Zostałam uczestnikiem gier integracyjnych wbrew woli moich rodziców, którzy nie widzieli mnie od dwóch tygodni i jak najszybciej pragnęli ściągnąć do domu. Udało im się to około 22, kiedy zakończył się pracowity dzień. Miało tak się dziać również przez
W Bazylice św. Jadwigi i św. Bartłomieja
kolejny tydzień. 

22.07.13 (swoją drogą w moje imieniny) zjawiłam się punktualnie o godzinie 8 rano w domu, w którym mieszkali niemieccy uczestnicy na Ostrowie Tumskim. Pierwszym etapem każdego dnia była wspólna modlitwa, następnie udaliśmy się na śniadanie. Zaskoczyło mnie swym bogactwem – można było zjeść dosłownie wszystko od zupki mlecznej i parówek po sałatki i słodycze. Podobnie było z napojami.
Gdy zachwyciłam swe oczy (i żołądek!) udałam się wraz ze wszystkimi na przystanek tramwajowy. Pojechaliśmy na Dworzec Główny. Stamtąd szynobus zawiózł nas do Trzebnicy. To miejsce zostało wybrane na wycieczkę ze względu na patronkę naszej fundacji – św. Jadwigę, która w swoim działaniu spinała historię narodu polskiego i niemieckiego. 

Pierwszym celem była oczywiście Bazylika św. Jadwigi i św. Bartłomieja. Otrzymaliśmy tam niełatwe zadanie – na podstawie obrazów i podpisów znajdujących się w środku mieliśmy uporządkować życiorys patronki. Polakom to zadanie poszło wyjątkowo dobrze, jednak nasi niemieccy koledzy mieli z nim pewne trudności.   

Następnie otrzymaliśmy trochę czasu wolnego, który w różny sposób postanowiliśmy spędzić. Ja osobiście postanowiłam zrobić dobry uczynek i pomóc sprawdzać zadanie, które przed chwilą zrobiliśmy. Zdążyłam jeszcze obejrzeć Rynek, który pomimo wielokrotnych pobytów w Trzebnicy, jakoś został przeze mnie pominięty.

Pantomima z życia św. Jadwigi
Po pysznym obiedzie udaliśmy się ponownie pod Bazylikę. Tym razem mieliśmy zwiedzić miejsca, w których mieszkała i żyła św. Jadwiga. Pewna siostra dzielnie opowiadała nam o historii tego miejsca.

Następnie przyszedł czas na spacer. Po drodze znaleźliśmy scenę, na której w polsko-niemieckich grupach przygotowaliśmy scenki-pantomimy o życiu św. Jadwigi. Udało nam się to niesamowicie dobrze i dzięki temu dowiedzieliśmy się i zapamiętaliśmy bardzo wiele faktów z życia patronki.

Celem naszego spaceru była Pustelnia malowniczo położona w bukowym lesie. Spokój, cisza… Zakłócona wiecznymi kłótniami uczestników wymiany, ale i tak było pięknie. 

Wróciliśmy na stację Trzebnica, wsiedliśmy do klimatyzowanego szynobusu i, pomimo trudności z kupnem biletów, wysiedliśmy cali i zdrowi na dworcu Wrocław Nadodrze. Stamtąd tramwajem udaliśmy się ponownie na Ostrów Tumski. Wspólna kolacja tradycyjnie przebiegła w miłej atmosferze.

Kolejnego poranka ponownie pojawiłam się na Ostrowie. Jadąc rowerem przez kostkę pod Katedrą niczym Ojciec Mateusz dotarłam niespóźniona na modlitwę i śniadanie.

Wspólna praca by nieść pomoc innym!
Jednym z celów naszego spotkania było przeniesienie poza granice Niemiec akcji „72 godziny”, która polega na wspólnej pracy. Wtorek, 23.07, był pierwszym z trzech dni. Podzieliliśmy się na trzy grupy – malarską, teatralną i muzyczną. Ja osobiście zaangażowałam się w tą pierwszą. Każda z grup wymyśliła i zaczęła przygotowywać zabawy, gry i przedstawienia, które w czwartek zaprezentować mieliśmy w dwóch domach opieki ludziom starszym.

Praca szła nam bardzo dobrze, ale należało przerwać ją zasłużonym posiłkiem – obiadem. Po obiedzie udaliśmy się na wierzę Katedry. Niesamowita widoczność pozwoliła podziwiać panoramę pięknego miasta. Byłam tam już kiedyś, ale mimo wszystko widok zrobił na mnie wielkie wrażenie. Całość zepsuł słynny Sky Tower zasłaniający Ślężę, ale muszę mu to jakoś wybaczyć.

Niemiecka grupa udała się na zakupy, a polska przygotowywała ognisko- nic tak nie integruje jak wspólny śpiew. Wydarzył się niemiły akcent – z powodu złego samopoczucia jedna z niemieckich uczestniczek trafiła do szpitala, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło i wróciła do nas po kilku dniach.

Wspólna zabawa na ognisku.
Ognisko, czyli jakby to powiedział Grzegorz „intensywnie utleniające się drewno”, jest zawsze w cenie. Pograliśmy w różne gry, pośpiewaliśmy, pojedliśmy i nadszedł czas na powrót do domu. 

Następnego dnia po raz kolejny zjawiłam się na Ostrowie Tumskim. Modlitwa i śniadanie przebiegły w zwyczajowej atmosferze, a następnie udaliśmy się do dalszej pracy. Niesamowicie napięta, pracowita atmosfera trwała do obiadu, na obiedzie i chwilę po nim. Trzeba było zrobić generalną próbę. O godzinie 17 udaliśmy się do Panoramy Racławickiej, która po raz kolejny zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Podczas tej wymiany odkryłam  po raz kolejny, że moje miasto jest magiczne!

Wieczorem zrobiliśmy jeszcze jedną próbę i udało nam się wszystko zgrać. Nieświadomie zostałam konferansjerem, ale nie okazało się to aż tak trudnym zadaniem.

Czwartek, 25.07. powitał nas tradycyjnie modlitwą i śniadaniem. „Nadszedł wielki dzień”! 

Akcja 72 godziny!
O godzinie 10 zjawiliśmy się w pierwszym z dwóch domów opieki. Tutaj mieszkały starsze Panie, które nie mogły już wrócić do domu – spędzały tutaj każdy swój dzień. Każdy wyglądał podobnie. Naszym zadaniem było zrzucić promień słońca na to miejsce, a szerokim uśmiechem wywołać uśmiech na ich twarzach. Udało nam się, co niesamowicie mnie (i myślę, że innych też) wzruszyło. Dobrze jest móc, robiąc tak niewiele, pomóc innym. Wystarczyło zaśpiewać kilka piosenek, przedstawić scenki, pomóc odgadnąć co robią nasi koledzy, zostawić po sobie ślad w postaci plakatu drzewa z odciśniętymi kciukami naszymi i pacjentów. 

W dobrym humorze, niezmordowani i nadal chętni by nieść pomoc, ruszyliśmy do drugiego domu. Tutaj znajdowali się ludzie w większości na rehabilitacji, którzy mieli nadzieję na powrót do swoich domów i rodzin. Zupełnie inaczej zostaliśmy więc przyjęci, ale również wzruszająco i pozytywnie. Takie wizyty pomagają uświadomić sobie jak kruche i krótkie jest ludzkie życie, jak bardzo warto pomagać i dać coś od siebie wtedy, kiedy to możliwe! Odbył się tutaj także grill, w którym wzięliśmy udział. Część pacjentów i personel tańczyli razem z nami i pokazywali, że cieszą się z życia. To naprawdę cudowne!

Wieczorem udaliśmy się na wspólną kolację, przy której podsumowaliśmy dzień. Przyniósł nam on wiele nowych doświadczeń, które mamy nadzieję wspólnie kontynuować.

Park Linowy!
Piątek był dniem relaksu i odpoczynku po ciężkiej pracy, jeśli można tak nazwać wyjście do Parku Linowego. Niczym małpki zawiśliśmy na drzewach i przepełnieni radością i energią przeskakiwaliśmy co raz trudniejsze przeszkody. Następnie w planie był rejs statkiem. Wieczorową porą podsumowaliśmy wymianę.
Sobota, 27.07, była dniem pożegnania. Po modlitwie i śniadaniu, ostatnim wspólnym w tym roku, udaliśmy się na Dworzec Główny we Wrocławiu. Nasi niemieccy przyjaciele, po smutnym i wzruszającym pożegnaniu, odjechali spóźnionym o ok. 40 minut pociągiem do Berlina. Mamy nadzieję zobaczyć się za rok!
 
tekst : Magdalena Łukowiak
zdjęcia : Anna Włoszczyk

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte. 

środa, 3 lipca 2013

Rowerowa Trzebnica (wycieczka 63)

4 lipca 2013 roku. Początek wakacji. 30°C w cieniu. Przeciętny Polak zapewne siedzi w domu i ogląda telewizor, popijając zimnym napojem. Ale nie my! My jedziemy na wycieczkę. Tym razem rowerową. Do Trzebnicy. Brzmi zachęcająco, prawda? Nie? To słaby/a jesteś!


Wyruszyliśmy z bardzo wygodnego dla mnie miejsca, tj. pętli tramwajowej na Zawalnej. Bliżej mógł być tylko Dworzec Nadodrze, ale nie tym razem. Początkowo przebijaliśmy się przez miasto, później droga była już tylko przyjemniejsza. Prowadziła przez wyboiste pola, lasy, w rowach rosły czerwone maki i pięknie dopasowane do nich, granatowe chabry.  Łosiowe żyć, nie umierać!

Droga skomplikowała się nieco gdy dotarliśmy w rejon Wzgórz Trzebnickich. No, ale cóż, „w górę, pod górę, w górę, pod górę, a czasem w dół”. Nagle zrobiło się na ścieżce nieco ciaśniej. I jakby bardziej zaroślowato. Zarośla to coś, co łosie lubią, ale jeść, a nie jechać przez nie rowerem. Ale co tam, damy radę. W pewnym momencie zarośnięta ścieżka przerodziła się w zagałęzioną ścieżkę. Później już tylko w malutki wąwóz między wzgórzami, cały zagałęziony i zarośnięty. Rower trzeba więc było prowadzić. Pokrzywy, gałęzie, gałęzie, pokrzywy. Mój optymizm jednak nie wygasał i obdarzałam współtowarzyszy wielkim, zabójczym, łosiowym uśmiechem w zamian za pomoc z coraz jakby cięższym środkiem transportu.

Udało nam się w końcu wybić na jakąś łąkę. Ach, co za ulga. Zrobiliśmy tam nieco dłuższy „posiad”. Napojeni i wypoczęci ruszyliśmy dalej. Tu dało się już jechać, co zostało przeze mnie i Tomka skwitowane podobnymi słowami : „O, zapomniałam, że na rowerze można jeździć!”.

Dalej było już bez tak interesujących przygód, zwyczajne wzgórza i pagórki. Można tu przytoczyć słowa pewnej piosenki turystycznej : „..Bo jak inaczej nazwać idiotę, co pod górę wchodzi, by zaraz zejść z powrotem? To maniak, bez wahania, opętała go mania wspinania!” tylko, że my jechaliśmy rowerami. Ale to niewielka różnica. Najmilszym odcinkiem trasy był zjazd do Trzebnicy. Niektórzy nawet ścigali się z prędkością 60 km/h, podziwiam. 


W samej Trzebnicy okazało się po raz kolejny, że sok z rabarbarem ma niesamowicie krzepiące działanie. Zjedliśmy pizzę (no nareszcie!), wypiliśmy hektolitry soków/herbaty itp. oraz udaliśmy się pozałatwiać kilka spraw.

Ci bardziej wytrwalsi (a może po prostu nie posiadający zbyt dużych sum pieniędzy) w postaci Grzesia wybrali drogę powrotną rowerem. Reszta wybrała szynobus. Niektórzy w celu nabicia kilometrów, inni zregenerowania sił, a jeszcze inni w celu dotrzymania pozostałym innym towarzystwa. Właściwie to można te wszystkie trzy rzeczy połączyć w jedną.

W szynobusie zdegustował Łosia pan konduktor, który zarzucił mu podrobienie legitymacji… Ehh, co za świat. Ale Łoś szybko pocieszył się biorąc prysznic z pomocą wody kapiącej z klimatyzacji. Jest super!

tekst i zdjęcia: Magdalena Łukowiak
       


Comments System

Disqus Shortname