piątek, 28 czerwca 2013

Humboldt i Tasman


Humboldt dziękuje klasie III A za towarzysza - Tasmana. Oba psy, jak widać znalazły wspólny język i dach nad głową.  Ze swej strony dziękuję wszystkim za miłe słowa, piękne kwiaty i słodkości. Udanych wakacji!

wtorek, 25 czerwca 2013

Sejm RP (wycieczka 62)



W poniedziałek 24 czerwca 2013 roku o drugiej rano w kilku wrocławskich (ewentualnie podwrocławskich) domach zapanowało nagłe ożywienie i ruch. Może nieco nie zgrabny, zaspany, ale jednak ruch. Punktualnie o 3:55 ruch ten przeniósł się w okolice Dworca Głównego we Wrocławiu. Zjawiliśmy się wszyscy punktualnie, ani minuty wcześniej, ani minuty później. 

O 4:11 odjechał stamtąd Inter City Express do Warszawy Wschodniej. Była to moja pierwsza wycieczka od początku 2013. roku (ach, ten Liberc psujący całą koncepcję!) kiedy nie jechaliśmy przez Opole Główne – Katowice – Gliwice (…). Tym razem trasa wiodła przez malowniczą Wielkopolskę ku mojej uciesze i smutku pana Taczyńskiego. Do samego Poznania jechaliśmy dość powoli, ale dzięki temu można było podziwiać wspaniałe widoki za oknem. Później jednak osiągnęliśmy prędkość nawet do 160 km/h.

O 9:35 wylądowaliśmy na dworcu Warszawa Centralna. Następnie przejechaliśmy się tramwajem. Gdy wychodziliśmy z czeluści przejścia podziemnego naszym oczom ukazał się Pałac Kultury, czyli najbardziej charakterystyczny budynek stolicy. Obok niego znajduje się stacja metra „Centrum”. Postanowiliśmy sprawdzić przyjemność jednemu z uczestników, który jeszcze nie jechał metrem i przejechaliśmy się jeden przystanek w kierunku Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej.  

Celem naszej wyprawy była wizyta w Sejmie RP. Po drodze postanowiliśmy zobaczyć inne najważniejsze instytucje państwa polskiego – m.in. Ministerstwo Sprawiedliwości, Kancelarię Premiera oraz Belweder (w latach 1918–1922 siedziba Naczelnika Państwa, w latach 1922–1926 i 1989–1993 siedziba Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej).

W końcu udało nam się dostać do Sejmu. Okazało się, że panuje tam duży ruch i bardzo dużo grup zwiedza znany gmach. Udało nam się obejrzeć Salę Plenarną, dowiedzieliśmy się gdzie siedzą znani nam z telewizji posłowie, jak wyglądają obrady i wielu innych interesujących rzeczy. Na Korytarzu Marszałkowskim panował bardzo duży ruch – to ten korytarz, gdzie reporterzy telewizyjni biegają i krzyczą „Panie Pośle/ Pani Poseł!”, chcąc uzyskać gorący komentarz dla swojego programu. 

Po wyjściu z Sejmu, pomimo nieobecności pewnej wiecznie głodnej osoby, powstała koncepcja „Zjedzmy coś!”. Spotkana przypadkiem pani przewodnik poradziła nam tanią i dobrą restaurację, która rzeczywiście okazała się taką być. Niestety po raz kolejny zniszczona została odwieczna pizzowa tradycja … Tym razem zostało mi to wytłumaczone zbyt dużą ilością osób oraz zbyt małą ilością czasu … jasne, jasne… Zjedliśmy smaczny obiad i tym samym nabraliśmy sił na dalsze zwiedzanie. Nie wspominałam wcześniej o pogodzie, ale była ona wyjątkowo niesprzyjająca do zwiedzania wielkiego, nagrzanego miasta – było bardzo duszno, często świeciło ostre słońce, a czasem zaczynało padać. Przez to wszyscy męczyli się trzy razy szybciej niż zwykle. 

Aby podziwiać panoramę Warszawy wdrapaliśmy się na dach Biblioteki Uniwersyteckiej, gdzie znajdują się malownicze ogrody. Zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową ze Stadionem Narodowym, zdjęcie grupowe z Zamkiem Królewskim w tle i postanowiliśmy wyruszyć dalej.Wdrapaliśmy się na skarpę wiślaną opodal wiaduktu na ulicy Karowej. Zmęczeni cieżkim podejściem postanowiliśmy złapać oddech i odpocząć na skwerze im. Jana Twardowskiego. Następnie wstąpiliśmy do kościoła Sióstr Wizytek, przy którym mieszkał ksiądz poeta. Wewnątrz świątyni znajduje się wyjątkowy pomnik w kształcie klęcznika poety.

Przeszliśmy koło Grobu Nieznanego Żołnierza Teatru Narodowego, i dotarliśmy pod Zamek Królewski. Kolumna Zygmunta prezentowała się naprawdę okazale. Obejrzeliśmy również Rynek. Po chwili czasu na zakupy trzeba było wsiadać w autobus i wracać na Dworzec Centralny. Po drodze mignął nam Pałac Prezydencki, Hotel Bristol i Kościół Świętego Krzyża.

Na Dworcu Centralnym radości Pana Taczyńskiego nie było końca kiedy zauważyłam, że wracamy przez … Katowice – Gliwice – Opole Główne … No cóż, przynajmniej tory Centralnej Magistrali Kolejowej pozwalały na jazdę ok. 160 km/h.  Pomimo osiągania tych zawrotnych prędkości obserwowaliśmy zmieniający się krajobraz. Dostrzegliśmy między innymi dwie kościelne wieże. Szybko spojrzeliśmy na tabliczki hektometrowe – kilometr 47. Jak wykazało późniejsze śledztwo było to prawdopodobnie miasto Biała Rawska i wieże kościoła św. Wojciecha. Nasze obserwacje zakończyła dopiero wielka ulew, która na dobre rozpętała się od Zawiercia.

We Wrocławiu wszyscy zjawiliśmy się w dobrych humorach, spełnieni i zadowoleni. Będziemy czekać na kolejną wycieczkę, a tym samym, rzecz jasna, na początek roku szkolnego :D

Tekst i zdjęcia "Łoś"

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

Kamień Śląski (wycieczka 61)



Ostatnio przez Polskę przeszła fala upałów. Człowiek był już przyzwyczajony do narzucania na siebie byle czego, byle jak najmniej, jakichś lekkich butów i konieczności założenia nakrycia głowy w obawie przed udarem słonecznym. Tymczasem 22 czerwca 2013 roku miała odbyć się wycieczka Koła Turystycznego. Ostatnia w tym roku szkolnym. Pożegnalna w tym roku szkolnym, ale dla uczniów Zespołu Szkół Plastycznych powitalna.

Wychodzę z domu, a tam niespodzianka. Deszcz leje się strugami… Wróciłam więc, aby zabrać coś cieplejszego, zapasowe skarpetki i pelerynę od deszczu. O mało się przez to nie spóźniłam, ale jako że nigdy jeszcze mi się to nie zdarzyło, nie mogło być tak i tym razem. Dotarłam punktualnie, a nawet chwilę przed czasem. Podobnie jak wszyscy uczestnicy.

Wsiedliśmy do pociągu i po raz kolejny za oknami znalazł się Brzeg, moja „rodzinna” wieś – Łosiów i Opole Główne. Po raz kolejny także udaliśmy się do cukierni na skrzyżowaniu, w której mają zadziwiająco dobre ciasta, nawet po spłaszczeniu przez Łosia. Po raz kolejny przetrząsnęliśmy stragany w poszukiwaniu jedzenia dla  Grzesia, po raz kolejny prawie spóźniliśmy się na pociąg. Nie ma to jak Opole Główne! W międzyczasie przestało padać i zaczęło się ponownie robić duszno.

Z drugiego pociągu wysiedliśmy w Tarnowie Opolskim. Nigdzie nie udało nam się kupić mapy, więc musieliśmy polegać na własnej intuicji. Okazała się ona być, oczywiście, niezawodna. Czekał nas marsz przez urocze pola i las. Na polach znaleźliśmy damskie okulary słoneczne, które ubraliśmy kukurydzy. Wyglądała niesamowicie pociągająco. Rzepak natomiast okazał się bardzo smaczną rośliną oleistą. Po drodze mieliśmy także okazję zapoznać się z kamieniołomem wapienia. Pan Jan poopowiadał nam trochę o skałach. Zrobiliśmy także świeży przełam skalny, co okazało się nie być wcale takie łatwe.

Jedną z tradycji wycieczkowych jest odwiedzanie placu zabaw. Tym razem wybraliśmy bardziej ekskluzywny wariant – siłownię na placu zabaw! Następnie Grzesiu został wysłany po lody, bo robiło się coraz goręcej. Kupił spore wiaderko, które zatrzymało nas na dłuższą chwilę w parku pod Sanktuarium św. Jacka.

Droga na stację w Kamieniu Śląskim była równie malownicza. Prowadziła przez przepiękne, kwieciste pola oraz las (w którym o dziwo nie gryzły komary!). W takich miejscach Łosie i zapewne ludzie też, odzyskują poczucie piękna życia.

Tradycyjnie na pociąg prawie biegliśmy. Wysiedliśmy z niego w Strzelcach Opolskich. Na Rynku zauważyliśmy, że Ratusz odnowiony jest tylko z trzech stron… Grr… Skierowaliśmy więc swoje kroki w stronę czegoś przyjemniejszego, czym okazały się być ruiny zamku książąt piastowskich z XIV w. oraz park nieopodal. Tam zrobiliśmy kolejny rzut na plac zabaw, tym razem zwyczajny – z huśtawkami i konikami na sprężynie. W międzyczasie okazało się, ze wystarczy zamienić się czapkami, a tożsamości same zamienią się ze sobą i np. poważny nauczyciel je trawę i dużo gada, a wiecznie brykający Łoś jest całkiem stateczny i gubi ważne przedmioty. ;)

Wspólnie uznaliśmy, że nie jesteśmy jakoś wybitnie głodni. Pomimo nieśmiałych protestów Łosia, a może Nauczyciela, kto ich tam wie, że tradycja powinna być zachowana oraz niezmiennych słów Grzesia „Ja bym chętnie coś zjadł”, odwieczna pizzowa tradycja została po raz kolejny zniszczona… Wygrała koncepcja zakupów w Lewiatanie i pikniku na trawie.

Grzesiu jadł ogórki kiszone, reszta jakieś kanapki, nektarynki i ciastka. Tym razem na ciastkach nikt nie usiadł. Panowała atmosfera leniwa, ale sielankowa i wakacyjna. W końcu Pan Jan wpadł na nieoczekiwany pomysł „Popływajmy kajakami!”, bo naprzeciwko nas znajdowało się bajorko oraz wypożyczalnia, z której ludzie chętnie korzystali. Początkowo przyjęliśmy ten pomysł z niewielkim entuzjazmem, ale ostatecznie zdecydowaliśmy się zgodzić (nie do końca mieliśmy wybór, ale ćśś). Okazało się to wcale nie takie trudne, a nawet całkiem przyjemne.

Poleżeliśmy na tej trawie jeszcze trochę, dojedliśmy to, co nam zostało i musieliśmy wyruszyć na dworzec kolejowy.

O dziwo padać zaczęło dopiero jak przekroczyliśmy próg owego budynku. To zupełna nowość. Po raz kolejny przesiadaliśmy się w Opolu i jak zwykle udało nam się dotrzeć do Wrocławia z uśmiechami na twarzy i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku turystycznego. Pożegnaliśmy się i udaliśmy w stronę domów. 

Tekst i zdjęcia Magdalena Łukowiak

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

niedziela, 23 czerwca 2013

Podsumowanie projektu WrOpenUp

Wrocławscy gimnazjaliści, licealiści i studenci przeprowadzali wywiady z obcokrajowcami, organizowali w swoich szkołach debaty o tolerancji i pisali blogi o tej tematyce. Najlepsi dostali w sobotę nagrody w konkursie antydyskryminacyjnego projektu WrOpenUp.




Do udziału w projekcie zgłosiło się na początku 320 uczestników. Najpierw przeszli szereg różnorodnych warsztatów. W ramach bezpłatnych zajęć poznawali, czym jest tolerancja. Spotykali się z cudzoziemcami, którzy pracują we Wrocławiu. Uczyli się otwartości od artystów, np. napisali własną piosenkę i zatańczyli z aktorami Teatru Capitol. Młodsi przygotowali zabawny i gorąco oklaskiwany podczas sobotniej gali film animowany o królu Wrocku I, który wydał swoje przepiękne córki za Afrykanina, Chińczyka i Hiszpana. W ten sposób według młodych twórców Wrocław stał się wielokulturowym miastem. Na innych warsztatach chętni dowiedzieli się, jak wykorzystywać media do tego, by promować tolerancję. Spotkali się z nimi dziennikarze radiowi i telewizyjni. Na koniec ponad 200 osób zgłosiło się do konkursu. W sobotę w kinie Nowe Horyzonty ogłoszeni zostali laureaci. Nagrody ufundowane przez IBM, Google i HP otrzymało siedem drużyn.

- W ramach projektu zorganizowaliśmy taniec tolerancji na Rynku - mówi jedna z laureatek Aleksandra Jastrzębska z gimnazjum nr 13 we Wrocławiu. - Rozmawialiśmy z obcokrajowcami. Na początku dziwnie było zaczepiać obcych ludzi, ale rozkręciliśmy się, a poza tym okazało się, że oni chętnie opowiadają o sobie. Pytaliśmy ich, jak czują się w Polsce, czy znali jakieś stereotypy o Polakach oraz czym różni się ich kultura od naszej. Wszystko nagrywaliśmy na dyktafon, robiliśmy zdjęcia i wrzucaliśmy na bloga.

Zwycięskie drużyny pojadą na dziewięć dni do Maroka lub Francji, nie po to jednak, by wypoczywać, ale by dalej uczyć się otwartości na różnorodność. Przewidziane są tam dla nich kolejne warsztaty.

Nagrodzeni w konkursie WrOpenUp:

1. "Team29" z Gimnazjum nr 29: Aleksandra Ciechanowska, Klaudia Sobkowicz i Martyna Bondaryk, opiekun - Jan Taczyński;

2. "Frankofile" z Gimnazjum nr 30: Kamila Wiercińska, Katarzyna Getmanchuk, Mateusz Harkot i Mateusz Nowak, opiekun - Dorota Kowalińska;

3. specjalne wyróżnienie - "B-Trio" z Gimnazjum nr 13: Natalia Wojtaś, Sandra Wolny, Aleksandra Jastrzębska i Bartłomiej Skinderowicz, opiekun - Monika Kamer;

4. "Brukselka" z Liceum nr VI: Katarzyna Dudys, Kinga Kleszcz, Monika Złomaniec i Aleksandra Blecharz, opiekun - Marlena Krzyżostaniak-Klecha;

5. "Car's movies" z Technikum nr 2: Adam Skórzewski, Maksymilian Stępień, Rafał Duda i Kornel Barburski, opiekun - Ewa Koć-Wachowiak;

6. "Tryb Otwarci" z Uniwersytetu Wrocławskiego: Agnieszka Rak, Natalia Rybacka, Natalia Śmiełowska i Damian Wutke;

7. "JMkey" z Wyższej Szkoły Oficerskiej - Marianna Sobota.

* Wyróżnienia:

1. "Kicked8" z Gimnazjum nr 14: Julia Gatner, Justyna Kozera i Marta Madej, opiekun - Roman Kowalski;

2. "TolerRays" z Gimnazjum nr 13: Judyta Lachowicz, Aleksandra Jakób, Bernadetta Semczuk, Jagna Zuterek i Natalia Kucharska, opiekun - Małgorzata Rabiej;

3. "Enihsinus" z Uniwersytetu Przyrodniczego: Joanna Wojtacha, Dorota Łyskawińska i Anna Twardowska.

czwartek, 13 czerwca 2013

CN-1004800



Kraj: Chiny
Kilometrów przebytych: 8 655 km
Czas podróży: 47 dni

Rekordzistka w kategorii: czas podróży!

piątek, 7 czerwca 2013

Marten ist schön!


Dzisiaj uczestniczyłem w lekcji wychowania regionalnego w zaprzyjaźnionej szkole w Dortmundzie w dzielnicy Marten. Uczniowie ze starszej klasy szkoły podstawowej zostali zabrani na spacer po swojej dzielnicy. Przewodniczką była lokalna działaczka Margareta Konieczny. 

Przygotowanie spaceru wymagało zaangażowania wielu osób. Właściciele sklepów, chcących włączyć się do akcji przygotowali w witrynach swoich sklepów wystawę starych sprzętów związanych z profilem swojej działalności. Tak na przykład w sklepie radiowo-telewizyjnym (dziś trzeba by powiedzieć ze sprzętem cyfrowym) oglądaliśmy stare odbiorniki. W między czasie podawane były informacje o dzielnicy, które uczniowie skrzętnie zapisywali na kartach pracy w krzyżówce i  rebusach. Hasłem krzyżówki było stwierdzenie "Marten ist schön! - Marten jest piękne!"

Po powrocie zadowoleni uczniowie wrócili do realizacji dalszych lekcji. Akcja wydała mi się ciekawa, choć jej przeszczepienie na polski grunt było by bardzo trudne. Nie chodzi tutaj o niechęć ludzką, ale przede wszystkim co raz mniejszą liczbę sklepów na naszych osiedlach i brak prawdziwych witryn sklepowych!


poniedziałek, 3 czerwca 2013

HK-140090


Kraj pochodzenia: Hong Kong
Kilometrów przebytych: 8 590 km
Czas podróży: 13 dni

Ożywmy szarość Wrocławia

Nasz ostatni wpis jest zarazem podsumowaniem pracy nad projektem WrOpenUp. Czas, który spędziliśmy wspólnie tworząc mikro-kampanie, ludzie, których spotkaliśmy i sama idea otwartości zmieniła coś w naszym światopoglądzie, a nasze myślenie jest teraz szersze i pozytywniejsze. Jesteśmy szczęśliwi, że mogliśmy brać udział w tej wspaniałej przygodzie i dziękujemy za danie nam takiej szansy. Mamy nadzieję, że nasze wpisy przekonały czytelników, iż akceptacja i tolerancja drugiej osoby jest najważniejsza.


Ożywmy szarość Wrocławia, czyli wspólnie, bez względu na kolor skóry czy wyznawaną religię twórzmy piękne, kolorowe miasto. Bez otaczającej nas różnorodności byłoby ono szare, nudne i nieciekawe.

Dziękujemy,
Na zawsze OPEN-team29

niedziela, 2 czerwca 2013

Leżajsk (wycieczka 60.3)

Wsiedliśmy do pociągu (jakbyśmy dawno w nim nie byli). Tym razem podróż mijała miło, bo świeciło słońce zachęcające do podziwiania widoków zza okna. W Przeworsku mieliśmy sporo czasu na przesiadkę, więc zwiedziliśmy stację kolejki wąskotorowej. Kolejny pociąg miał plastikowe siedzenia, zaczęliśmy więc modlitwę o to, aby nie wracać takim do Wrocławia. Zanim jednak wsiądziemy do pociągu powrotnego czekają nas dwie noce w Domu Pielgrzyma w Leżajsku. Okazało się, że jest to wybitnie gościnne miejsce. Łóżka były miękkie, woda ciepła, a wyposażenie nowe. Czad! Znaczy, Ndżamena!





Po zjedzeniu kolejnego tego dnia obiadu udaliśmy się na spacer, aby obejrzeć miasto. Nie mam pojęcia czemu tego dnia akurat zupełnie nie przypadło mi do gustu. Przeszliśmy obok dawnej, grecko-katolickiej cerkwi parafialnej p.w. Zaśnięcia N.P.M., Kościoła farnego pw. Świętej Trójcy, Ratusza którego wieża jest jednocześnie wieżą kościoła, a dawniej pełniła funkcję remizy strażackiej. Odwiedziliśmy także miejsce, gdzie podczas okupacji niemieckiej stracono kilkudziesięciu mieszkańców miasta. Dosłownie chwilę przed naszym przybyciem (28 maja) obchodzona była 70 rocznica tego krwawego wydarzenia. Świeże kwiaty na pomniku świadczyły, że mieszkańcy pamiętają o swoich rozstrzelanych krewnych. Poznaliśmy także historię cmentarza żydowskiego. Celem naszego spaceru był cmentarz i odwiedzenie grobów sporej rodziny pana Taczyńskiego. Wcześniej urządziliśmy skok (dosłownie, ponieważ była 17:58, a zamykali o 18:00) na kwiaciarnię, gdzie sprzedawali również znicze.

Zjedliśmy również lody, chociaż pewien niezdarny Łoś nie zjadł wszystkiego. Przytłoczony szumem ulicy i jeżdżącymi TIR-ami, uznał, że to miasto jest beznadziejne. Całe szczęście następnego dnia mu przeszło i powtarzał co drugie zdanie, że „Tu jest pięknie, super, świetnie (…)”. Ale te Łosie są zmienne.

Późnym wieczorem pan Jan przygotował przepyszną przekąskę w postaci nektarynek z serkiem Danio. Ustaliliśmy plan na następny dzień, który zakładał długi marsz. Pytanie ze strony organizatora „Co robimy jak pada?” i odpowiedź zdesperowanego i poszukującego piękna lasu Łosia „IDZIEMY!” była na tyle przekonująca, że wszyscy ustawili budziki na 5:30, a o 6:30 byli na przystanku autobusowym.

Oczywiście padało. Nawet lało. A my oczywiście uznaliśmy, że przestanie. Ewa wspominała coś o tym, że kiedy na wodzie są bąble, padać będzie długo, ale nikt jej nie wierzył. Niestety miała rację, ale mieliśmy na stanie trzy parasole, jedną pelerynę i kilka kurtek. Poradziliśmy więc sobie w miarę znośnie, chociaż pewnie niektórzy zamokliby mniej, gdyby ktoś nie wlazł im pod parasol. Ale trudno, „takie życie”.

Z autobusu wysiedliśmy w Brzózie Królewskiej. Spacerkiem, podśpiewując od czasu do czasu, dotarliśmy do miejsca, w którym zjedliśmy śniadanie – suche i suche-słodkie bułki + wybrany napój (było mleko, maślanka, a nawet trochę jogurtu). Chętnie udaliśmy się w dalszą drogę, bo było nam mokro. Długo maszerując, rozmawiając o wielu abstrakcyjnych sprawach, przemoczeni, dotarliśmy do rezerwatu Kołacznia, w którym znajduje się jedyne w Europie stanowisko naturalnie kwitnącej Azalii Pontyjskiej. Ma on aż 0,1 ha. Azalia niestety nie kwitła, ale można było ją sobie wyobrazić. Kawałek dalej zrobiliśmy postój. Przestało padać.

Wyruszyliśmy więc w dalszą drogę. Naszym celem była Nowa Sarzyna. Najpierw targ, a następnie rodzina pana Taczyńskiego. Pan Jan w pewnym momencie wykazał się niesamowitym sprytem i załatwił nam podwózkę na targ. Targ się już zwijał, ale zdążyliśmy kupić coś szalenie cennego. Kiedy ma się wszystko mokre najcenniejsze są… skarpetki! Tak!

Bardzo miło wspominamy rodzinną wizytę. Niektórzy początkowe stwierdzenie „Czujcie się jak u siebie w domu” zrozumieli nieco zbyt dosłownie, ale  nikt się nie obraził. Zjedliśmy przepyszny żurek, ciasto, lody, napiliśmy się herbaty, kawy, soku, oranżady (takiej prawdziwej!) …  W pewnym momencie treść SMSa, który przyszedł do Pana Taczyńskiego, jeszcze bardziej rozluźniła atmosferę.

Na stację w Nowej Sarzynie dotarliśmy w strugach deszczu („ale z czołem podniesionym!”). Pociąg przyjechał, a 10 minutowa podróż minęła nam przyjemnie. Wychodzi na to, że nie było dnia bez jazdy pociągiem. Ndżamena!

Po kolejnym obiedzie, gdzie udało mi się wdusić w siebie tylko kilka łyżek zupy („Za mamusię, za tatusia, za pogodę, za wygodne siedzenia w pociągu, za pana Taczyńskiego…”) oraz niewielką część drugiego dania. Było co prawda przepyszne, ale ja zbyt przejedzona. Na szczęście kiedy jedzie z nami Grzesiu, nic się nie zmarnuje!

Po obiedzie i kroplach miętowych udaliśmy się na spacer do Sanktuarium i Klasztoru OO. Bernardynów. Mieszkaliśmy wyjątkowo blisko tej wielkiej atrakcji turystycznej. Nie zabrakło również cmentarza, na którym spoczywali zakonnicy oraz lasu ze stacjami drogi krzyżowej. Las był niestety dość mały i szybko zorientowaliśmy się, że chodzimy w kółko. Posiedzieliśmy jeszcze na leżajskiej ławce „w cieniu Papy”, czyli pomnika Jana Pawła II, a jedyne dziecko na wyjeździe dostało lizaki z okazji Dnia Dziecka. Łoś był tym razem zadowolony i spełniony.

Budzik o 5:15. Chwila, kto to wymyślił?! Acha, faktycznie, ja. Nie chciałam słuchać pana Jana mówiącego „Wyśpijmy się, idźmy na 8!”.  No to … wstajemy. Msza święta o 6 rano – pełny kościół. To kolejne zaskoczenie w tym miejscu. Co dwie godziny pełny. W sumie dotyczyło to wszystkich trzech leżajskich kościołów. Na każdej Mszy Świętej tłumy ludzi! Trochę spóźniliśmy się na śniadanie, bo za dobrze czytało się Gościa Niedzielnego na huśtawce. No i znów wychodzi na to, że pewna osoba pilnie potrzebuje urlopu.

Po śniadaniu i spakowaniu rzeczy udaliśmy się do Muzeum Ziemi Leżajskiej. Pogoda była przepięknie słoneczna – idealna na zwiedzanie zamkniętych pomieszczeń i jazdę pociągiem! W Muzeum zwiedziliśmy trzy wystawy (historyczną, zabawkarską oraz „Damski Drobiazg”), a także browarnictwo. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że piwo jest okropne i ku zdumieniu oprowadzającego nas pana solidarnie zrezygnowaliśmy z degustacji. Nie przekonała nas nawet zachęta, że podawany w muzeum trunek pochodzi z tzw. serii dyrektorskiej.

Wróciliśmy trochę okrężną drogą, aby nie zamęczać Łosia ulicą Mickiewicza (najdłuższa ulica, wzdłuż której właściwie zostało zbudowane miasto). Okazało się jednak, że było to duuużo bardziej okrężnie niż nam się wydawało. Przepraszam! „Ulica Mickiewicza jest super!” . Po raz kolejny w porze średnioobiadowej, bo o 12:30, zjedliśmy obiad. Potem biegiem udaliśmy się na jedyny w tym tygodniu pociąg do Wrocławia. Nasze modlitwy o miękkie siedzenia zostały wysłuchane. W końcu nie bez kozery o patronce miasta – Matce Boskiej mówi się Łaskawa Pani Leżajska. Idealnie nie było, ale mogło być gorzej.

Podróż minęła miło i szybko, jak to zwykle bywa w dobrym towarzystwie. Trochę jedząc, trochę ucząc się chemii („Polimeryzacja to proces wyboru burmistrza…”), trochę wyskakując na perony innych stacji, dotarliśmy do Wrocławia. Chłopcom udało się nawet otworzyć pociągowy barek, ale dostęp do niego był dość ograniczony i asortyment ograniczony do tego co się samemu przyniosło.

 

Podsumowując to niesamowicie długie, trzyczęściowe sprawozdanie z niesamowicie udanej wycieczki:
LEVEL ABSTRAKCJI – nieskończoność
POZIOM WYSPANIA – minus tysiąc pięćset sto dziewięćset
POZIOM PRZYSTOSOWANIA DO RZECZYWISTOŚCI – brak
POZIOM WIEDZY Z RÓŻNYCH DZIEDZIN ŻYCIA, ZWŁASZCZA Z CHEMII – 100%
HUMOR ŁOSIOWY I NIE TYLKO -  najlepszy (mam nadzieję)
„GUL,GUL,GUL, LEŻAJSKI FULL!”.

Tekst i zdjecia– Magdalena Łukowiak

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres e-mail: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

Comments System

Disqus Shortname