piątek, 28 grudnia 2012

Pogranicze polsko-niemiecko-czeskie (wycieczka 53)

Pierwszy raz piszę sprawozdanie dzień po wycieczce, a nie chwilę po jej zakończeniu lub podczas niej! Trzeba to jakoś uczcić ...  właśnie w moich ustach rozpływa się smak czekolady Studentskiej popijanej Kofolą ..., genialne połączenie. Na początek najlepiej będzie, jeśli przedstawię cel naszej podróży, pogranicze polsko-niemiecko-czeskie. 28 grudnia 2012 roku o bladym świcie, czyli o 6:10, zjawiliśmy się w umówionym miejscu „pod walizką” na Dworcu Głównym we Wrocławiu. Przygotowani byliśmy na dość długą wyprawę. Nie było nas zbyt wielu, głównie absolwenci, ale jak to mówią „czworo to już tłum”. Pogoda na szczęście zapowiadała się ładna i w miarę ciepła i tym razem nie czekały nas siarczyste mrozy. Wsiedliśmy do pociągu, który miał nas zawieźć do niemieckiego Zgorzelca. Następnie przemieścić mieliśmy się do Żytawy, a stamtąd prosto do Liberca.


Podróż minęła nam dość szybko. Wysiedliśmy na Bahnhof Görlitz i od razu przypomniała nam się tegoroczna wymiana w Dortmundzie i Bonn (o której poczytać można kilka sprawozdań wcześniej). Udaliśmy się na przystanek tramwajowy i przejechaliśmy pojazdem aż dwa przystanki, aby zobaczyć Katedrę św. Jakuba. Kościół wygląda na bardzo reprezentacyjny, ponieważ stoi na wzgórzu i jest widoczny wraz ze swoją 68-metrową wieżą z bardzo daleka. Nie mogliśmy wejść do środka, ponieważ przy furtce zastaliśmy kartkę, na której było napisane „od 7 maja do 30 listopada wejście nieczynne” . Cóż, chyba się trochę ten okres przedłużył. Przyjrzeliśmy się także kilku obiektom niedaleko dworca, udaliśmy się na krótki spacer świątecznie przyozdobionymi ulicami miasta i ze świadomością, że wrócimy tu wieczorem, znaleźliśmy się ponownie na Dworcu.


Wsiedliśmy do pociągu, który miał zawieźć nas do Żytawy. Jechaliśmy dość krótko podziwiając coraz bardziej górskie krajobrazy. Kilkukrotnie przekraczaliśmy granicę polsko-niemiecką. Dawało się to zauważyć, ponieważ po wjeździe do Polski pociąg za każdym razem albo zwalniał, albo było słychać charakterystyczne „tu dum-tu dum” (za którym będąc na dłużej w Niemczech oczywiście bardzo tęskniliśmy!). Wzdłuż rzeki Nysy poruszaliśmy się jeszcze długo, wyglądając przez okno i szukając słupków granicznych.


W Żytawie, czekając na pociąg, obejrzeliśmy głównie perony dwóch dworców – normalnotorowego i wąskotorowego. Znów przypomniały nam się śmieszne sytuacje z poprzednich wycieczek, znów uświadomiliśmy sobie, ile razem przeżyliśmy. Cóż, to ostatnia wycieczka w 2012 roku, warto więc powspominać. Gdy nadjechał pociąg rzuciliśmy się na niego, gdyż nie mogliśmy doczekać się przekroczenia granicy z Czechami (zwłaszcza Grzesiu). Jechaliśmy kilkakrotnie zmieniając swoje państwowe położenie – najpierw Niemcy, potem Polska, w końcu jednak dotarliśmy do celu, do Czech.



W Libercu naszym pierwszym celem było dotarcie na Jeszted mający 1012 m n.p.m. Jest to najwyższy szczyt Grzbietu Jesztedzkiego, pasma górskiego wchodzącego w skład Sudetów Zachodnich i w całości znajdującego się w Republice Czeskiej. Na szczycie, zbudowanym z odpornych na erozję skał metamorficznych, znajduje się charakterystyczny „szpikulec”. Górę widać z bardzo daleka. Wsiedliśmy więc do tramwaju, a następnie do wagonika kolejki linowej i robiąc po drodze mnóstwo zdjęć, dotarliśmy na szczyt. Tam również podziwiając widoki, robiliśmy głównie zdjęcia. W schronisku (no, dobra, hotelu***), część z nas postawiła na ciepło i wypiła pyszną czekoladę, a druga część na Czechy i wypiła Kofolę. Pewnym osobom bardzo brakowało tego smaku, a niektórzy przyjmowali we Wrocławiu zamówienia na ten napój … Szkoda, że na to nie wpadłam! Jako że widoczność tego dnia była idealna, spędziliśmy na szczycie całkiem sporo czasu, ponieważ nie mogliśmy się napatrzeć na pokryte śniegiem góry. Jak śpiewał zespół Stare Dobre Małżeństwo :


stąd do ziemi dalej niż do gwiazd,
zachwytu swego nie wysłowisz.
Rosną skrzydła u ramion
czas się w wieczność przemienia
góry i wolność dokoła
chyba dostąpimy tu wniebowstąpienia”


Gdy zjechaliśmy z góry postanowiliśmy zwiedzić miasto, w tym celu wsiedliśmy do tramwaju na pętli Górny Hanychów i zaczęliśmy podróż w dół, ku Kotlinie Libereckiej. Tramwajem dotarliśmy aż pod Zamek. Warto dodać, że w Libercu tramwaje, należą do najstarszych w Republice, kursują pomiędzy dwoma miastami – Libercem i Jabłońcem nad Nysą, mają podwójny rozstaw szyn (1000 i 1435 mm) i dodatkowo pokonują bardzo duże różnice wysokości.



Obejrzeliśmy Zamek ze wszystkich stron, jednak nie udało nam się znaleźć wejścia, to znaczy było jedno, ale na wysokości pierwszego piętra. Pełni zdziwienia nad warownością tego obiektu, udaliśmy się na rynek, a właściwie plac Edwarda Benesza, drugiego Prezydenta Republiki Czechosłowackiej. Po wysłuchaniu krótkiego wykładu o roli tego człowieka dla czechosłowackiej państwowości zajęliśmy się oglądaniem najbardziej charakterystycznego budynku miasta. Był to oczywiście Ratusz, piękny neorenesansowy budynek, który rozpoczęto budować  w 1888 roku.


Pełni wrażeń estetycznych Grzesiu, bo któżby inny (ale ja go poparłam), zarządził rozpoczęcie poszukiwań miejsca, w którym będzie można coś zjeść. Tak więc przeszliśmy się uliczkami miasta mijając m.in. Operę i dotarliśmy do restauracji. Mężczyźni postanowili zjeść to, co najbardziej czeskie, czyli ser smażony. Do tego niezmiennie Kofola. My z Ewą uznałyśmy, że tradycji wycieczkowej musi stać się zadość, więc wybrałyśmy sobie pizzę.  


Po zjedzeniu postanowiliśmy zrobić szybki napad na supermarket, w celu zakupienia zapasów żywnościowych (właściwie to zwłaszcza Cofoli i czekolady Studentskiej). Musiała to być naprawdę szybka akcja, ponieważ do przyjazdu pociągu zostało nam bardzo niewiele czasu. W moim przypadku to była symboliczna jedna butelka Kofoli, czekolada Studentska (którą właśnie kończę L) i oczywiście Lentilki! Grzegorz przebił jednak wszystkich, ponieważ kupił 2 zgrzewki Kofoli, co dawało w sumie 16 litrów napoju!


Obładowani zapasami pobiegliśmy na tramwaj, a następnie na pociąg, który zawiózł nas z powrotem do Żytawy. Pociąg, którym jechaliśmy wyjechał z opóźnieniem … minutowym, no, ale jednak! Opuściliśmy więc czeską krainę. Słówko, które najbardziej przypadło mi do gustu to „zastawka” – przystanek. :D


Wysiedliśmy ponownie na Görlitz Bahnhof. Tym razem udaliśmy się w stronę ścisłego centrum.  Miasto o tej porze było bardzo świąteczne, choć uważa się je za wymarłe. Fakt, że nie spotkaliśmy zbyt wielu ludzi na swej drodze, było cicho i spokojnie, jednak bardzo sympatycznie. Obejrzeliśmy Ratusz, przeszliśmy się magicznymi uliczkami miasta, minęliśmy Muzeum Śląskie (Das Schlesische Museum), Kościół farny św. Piotra i Pawła (Peterskirche). Zaciekawił nas łuk szeptów. Gdy jedna osoba stanęła po jednej stronie, a druga po drugiej i mówiły do siebie ledwie słyszalnym szeptem, słyszały się one bardzo dobrze. Zabawnie wyglądało to z zewnątrz, ponieważ my niczego nie słyszeliśmy.


Na moment przystanęliśmy przy moście staromiejskim, który łączy dwie części Zgorzelca,  polską i niemiecką. Dawniej trzeba by było w tym momencie okazać paszport. My jednak mogliśmy przejść przez niego swobodnie. Nieco smutny okazał się fakt, że po drugiej stronie Nysy jest głównie brzydkie blokowisko. Obejrzeliśmy także zrekonstruowany Plac Pocztowy, na którym znajduje się kopia słupu milowego poczty saskiej, funkcjonującej w XVII wieku sieci połączeń pomiędzy rządzonymi przez Wettinów Polską, Litwą i Saksonią.


Postanowiliśmy pójść na tramwaj, aby zdążyć na pociąg powrotny do Wrocławia. Szliśmy, szliśmy, szliśmy… Po pewnym czasie stwierdziliśmy, że chyba pomyliliśmy drogę. Choć nie było zupełnie ciemno, bo była pełnia Księżyca, zaczęliśmy rozglądać się za jakimiś oznakami cywilizacji, za światłem budynków. Ponieważ znaleźliśmy się na jakimś polu, postanowiliśmy skręcić i przejść przez cmentarz, aby wrócić do rysującego się w oddali miasta. Było to nieco mroczne, ale daliśmy radę i szybko odnaleźliśmy odpowiedni tramwaj. (Jakby coś nas zamierzało napaść, biada mu, ponieważ wciąż mieliśmy w zapasie 16 litrów Kofoli Grzesia). Na Dworzec biegliśmy, ale ostatecznie zdążyliśmy bez problemu. Rozsiedliśmy się na wygodnych siedzeniach i wyruszyliśmy z powrotem do domu.


We Wrocławiu byliśmy ok. 21:30. Opracowaliśmy system pożegnalny, aby każdy dziękował każdemu za wyprawę i rozeszliśmy się do domów przepełnieni pozytywną energią. Zauważyliśmy też, że skoro jest piątek, cały weekend przed nami, a potem dodatkowe 2 dni wolnego, poczuliśmy więc ulgę, że nie trzeba znów odrabiać lekcji.

Tekst: Magdalena Łukowiak
Zdjęcia: Magdalena Łukowiak, Grzegorz Smoła

Jeżeli nie życzą sobie Państwo, aby Państwa zdjęcie lub zdjęcie z państwa wizerunkiem, było zamieszczone w galerii, proszę przesłać informacje na adres email: jan.taczynski@wp.pl. Po otrzymaniu informacji zdjęcie zostanie usunięte.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Comments System

Disqus Shortname