Z Kalmaru do Sztokholmu pociągiem
Jadąc Stensövägen w stronę Gamla Stan i dworca kolejowego, zauważyliśmy, że kilku na co dzień powściągliwych Szwedów z wyraźnym zdziwieniem odprowadza naszą nietypową karawanę wzrokiem. Wypożyczalnia rowerów mieści się przy Ölandskajen, w dawnych magazynach kolejowych, tuż obok informacji turystycznej i samego dworca. Oddaliśmy nasze wehikuły bez najmniejszego problemu, przedarliśmy się przez teren remontu i dotarliśmy na stację.
Pociągi z Kalmaru na północ do Linköping odjeżdżają co 2 godziny. Początkowy odcinek trasy z Kalmaru do Vimmerby pokonaliśmy trzy razy w krótkim czasie i za każdym razem trafialiśmy na pochmurną pogodę. W takiej szarości, w wilgotnej otulinie mgły i deszczu, krajobraz Smålandii nabierał czegoś tajemniczego, jakby skrywał więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.
To była naprawdę ciekawa podróż — ta linia ma swój specyficzny, trochę „zapomniany” klimat. Szwecja jest krajem większym od Polski o około 150 tys. kilometrów kwadratowych, ale mieszka w niej o około trzydzieści milionów ludzi mniej. Nietrudno więc trafić na wioski, w których żyje zaledwie kilka osób, albo na osady składające się głównie z domów letniskowych, odwiedzanych tylko w wakacje przez mieszkańców większych miast.
Wraz z rozwojem motoryzacji, w tak słabo zaludnionym kraju wiele małych stacyjek z czasem zniknęło z rozkładów. Tam, gdzie prowadzi główna droga, ich rolę przejęły autobusy. W innych miejscach mieszkańcy muszą radzić sobie na własną rękę. Dzięki temu pociąg jedzie niemal nieprzerwanie, mijając kolejne połacie lasu, łąki usiane głazami narzutowymi i pojedyncze czerwone domki, które wyglądają jak rozsiane przypadkiem po krajobrazie. Momentami tor poprowadzono w sąsiedztwie wysokich skalnych ścian wykutych w twardych skandynawskich granitach — to robi wrażenie, zwłaszcza gdy jedzie się tam pierwszy raz.

Dzieci trochę szaleją. Jedziemy tą trasą kolejny raz, więc widoki zdążyły się już opatrzyć. Na szczęście mamy kilka punktów orientacyjnych, na które czekamy. Oczekiwanie ułatwia nam stara tablica informacyjna, pamiętająca klimat lat 90. Trasa pociągu jest przedstawiona w formie schematu, a kolejne stacje podświetlają się diodami. Te, które minęliśmy, gasną; te, do których zmierzamy, migają; a następne świecą ciągłym czerwonym światłem. Na chwilę dzieci mają zajęcie.
Pierwszym punktem jest stacja w Berga. To węzeł, w którym po zmianie kierunku jazdy można kontynuować podróż na północ albo odbić w stronę morza, do Oskarshamn. Choć linia kolejowa do portu jest utrzymana w świetnym stanie, na co dzień korzystają z niej tylko pociągi towarowe. Pasażerowie przesiadają się tutaj do autobusu. Zawsze mamy małą zagadkę: czy tym razem przy peronie będzie czekał autobus Kalmartrafiken? Tak! Połączenia są zintegrowane i na jednym bilecie można spokojnie dojechać z Kalmaru aż do Oskarshamn.
Drugim punktem, na który czekamy, jest stacja w Hultsfred. Miasteczko leży nad rozległym jeziorem i można tu przyjechać na kemping. Kiedyś była to stacja pięciokierunkowego węzła kolejowego. Dziś czynne są trzy linie obsługujące regularny ruch, a dwie pozostałe pełnią funkcję tras turystycznych dla drezyn. Tuż obok stacji działa wypożyczalnia. Znów mamy mał a zagadkę i wyglądamy przez okno. Czy dziś zobaczymy ludzi czekających na swoją przejażdżkę? Tak! W sezonie atrakcja działa najwyraźniej codziennie.
Nie sprawdzaliśmy dokładnie, jak wygląda organizacja przejazdów, ale najpewniej o określonych godzinach wyrusza się w jedną stronę, na punkcie zwrotnym następuje zmiana kierunku i powrót. Cała dawna linia Hultsfred – Västervik ma około 70 km, ale ruch drezynowy prowadzony jest na odcinku Hultsfred – Vena – Målilla, czyli na fragmencie o długości około 12 km (w obie strony daje to 24 km jazdy). Może tu kiedyś przyjedziemy.
W końcu docieramy do Vimmerby. Kilka dni wcześniej wysiedliśmy na stacji Astrid Lindgren Värld, żeby odwiedzić park rozrywki poświęcony twórczości słynnej pisarki. Nasze wrażenia opisaliśmy w osobnym wpisie. Wtedy razem z nami wysiadło zaledwie siedem osób — i tym razem jest podobnie. Większość gości dociera do bajkowego świata samochodem.
Niestety, gdy w końcu dojeżdżamy na miejsce, zaczyna padać drobny deszcz. Nie zmieniamy jednak planów i ruszamy na krótką wycieczkę do Bantogsparken. Niby blisko, ale akurat trwają prace przy wymianie asfaltu, więc kluczymy między głośnymi maszynami. Deszcz padający na rozgrzaną nawierzchnię paruje intensywnie, a w powietrzu unosi się gryzący zapach świeżego asfaltu.
Sam plac zabaw jest naprawdę ciekawy. Dwie wysokie konstrukcje w formie domków połączone są ukośną, wspinającą się kładką. Do tego zjeżdżalnie z charakterystycznymi „hopkami” i kilka mniejszych domków dla maluchów. Wszystko zadbane, bezpieczne i dostępne dla dzieci w różnym wieku. Niestety — nie mamy szczęścia. Deszcz tylko się nasila.
Zarządzamy odwrót dosłownie w ostatniej chwili. Zanim dotarliśmy w okolice dworca i schowaliśmy się pod pierwszym zadaszeniem, ulewa zamieniła się w prawdziwą ścianę wody. Na naszym peronie czekaliśmy jeszcze chwilę na pociąg SJ. W końcu nadjechało nasze Pendolino. Szybko wskoczyliśmy do środka.
Szwedzkie Pendolino rozwija dużą prędkość i ma wychylne pudło, dzięki czemu szybciej pokonuje zakręty. Na krętej trasie w stronę Sztokholmu można jednak łatwo nabawić się choroby lokomocyjnej. Pociąg pędzi, co chwilę przechyla się na boki, a nisko umieszczone okna utrudniają obserwację krajobrazu. Widoki zmieniają się tak szybko, że po chwili staje się to męczące.
Razem z biletami zamówiliśmy posiłki z restauracji pokładowej — wybraliśmy zestawy dziecięce, żeby porcje nie były zbyt duże. Czekały na nas truskawkowe soki i cztery dania: dwa naleśnikowe i dwa z klasycznymi szwedzkimi klopsikami z makaronem. System działa bardzo sprawnie: pokazuje się bilet, odbiera szczelnie zapakowane zestawy, które można podgrzać w dostępnych na pokładzie mikrofalówkach. Potem wracamy na swoje miejsca i jemy przy dużych, wygodnych stolikach. Jesteśmy zmęczeni i trochę źli na pogodę, ale przynajmniej zaspokoiliśmy głód i pragnienie. Czas dojazdu do dworca centralnego w Sztokholmie minął zaskakująco szybko.
Chyba przesadziliśmy z dystansem do pokonania w jeden dzień z dziećmi. Sztokholm jest dla nas tylko miejscem przesiadki. Musimy odnaleźć wejście do podziemnej części dworca — z wózkiem i dużą torbą oznacza to szukanie wind, co bardzo wydłuża drogę. W końcu docieramy na perony dworca Sztokholm City, upewniamy się, że możemy pojechać wcześniejszym pociągiem, i ruszamy w ostatni etap podróży: 40 minut podmiejskim składem do Nynäshamn.
Ten odcinek okazuje się najtrudniejszy. Pociąg jest przepełniony, a dzieci zupełnie odmawiają współpracy. Zmęczeni i trochę sfrustrowani, ale szczęśliwi, że to już koniec, docieramy na miejsce. Nasze wrażenie z pobytu w Nynäshamn opisaliśmy w osobnym artykule.
Co warto wiedzieć o podróży do Sztokholmu?
Podróż z Kalmaru do Stockholm warto zaplanować z wyprzedzeniem. Zakup biletów nie stanowi problemu — najlepiej od razu skorzystać z niezawodnej strony Kolei Szwedzkich (Sveriges Järnvägar - SJ), gdzie bez trudu zapłacicie kartą kredytową. Domyślnie bilety z Kalmaru do Sztokholmu są sprzedawane z przesiadką w Alvesta. Połączenie przez Vimmerby wymaga zakupu osobnych billetów. Jest w tym pewien plus cena połączenia z Kalmaru do Linköping jest niezmienna, koszt około 255 koron, niezależnie od terminu zakupu. Różnice w całkowitej cenie połączenia zrobią natomiast opcje podróży do Sztokholmu. Mamy tutaj połączenia najszybsze (pendolino) albo wolniesze regionalne. Bilety kupowane z jednodniowym wyprzedzeniem bywają bardzo drogie — od 350 do 850 koron za osobę. Te kupione z miesięcznym wyprzedzeniem kosztują zwykle od 150 do 850 koron. Różnice w cenie wynikają z czasu przejazdu oraz rodzaju przewoźnika. Ceny sprawdzaliśmy według cennika z 2025 roku.
Koleje Szwedzkie (Sveriges Järnvägar – SJ) zazwyczaj obsługują najszybsze połączenia przy pomocy zespolonych składów typu Pendolino. Pociągi te wyposażone są w wychylne pudła, co umożliwia osiąganie wysokich prędkości na dość krętej trasie do stolicy. Dla osób bardziej wrażliwych taka podróż może być nieco męcząca — warto wtedy rozważyć zażycie tabletki na chorobę lokomocyjną.
Podczas zakupu biletu na pociąg SJ warto również rozważyć dodanie posiłku oferowanego przez przewoźnika. Do wyboru jest kilka opcji w menu, w tym dania wegetariańskie i wegańskie. Dla dzieci przewidziane są specjalne zestawy z malowanką i kredkami. Cena takiego zestawu jest zdecydowanie niższa niż w lokalu gastronomicznym na mieście. Po odbiór obiadu należy zgłosić się do wagonu restauracyjnego. Po okazaniu biletu otrzymujemy obiad niemal od ręki. Istnieje możliwość podgrzania go w pokładowej kuchence mikrofalowej. Posiłek można zabrać ze sobą i zjeść na swoim miejscu. Przy ładnych widokach za oknem i smacznym jedzeniu czas mija znacznie szybciej.
Jeśli doceniasz naszą pracę nad rozwojem bloga, to prosimy wspomóż nas i kup nam wirtualną kawę. Na pewno wypijemy ją tworząc lub uaktualniając kolejny wpis!
.jpg)



















Komentarze
Prześlij komentarz